poniedziałek, 22 listopada 2010

i jeszcze mysl na dziś,

dałam się złapać głupio na promocję bułek.
4 w cenie 3. Tylko my nie zjadamy 4 bułek... i ta jedna bez sensu wzięta. i do tego nie ten rodzaj, który jemy zawsze. czyli jeszcze przepłaciliśmy.

eh. ja naiwna... ;)

I stało się.

W sensie, że zmieniłam Hufiec, generalnie akcja rozgrywała się kilkanaście dni temu ale dziś sobie obejrzałam zdjęcia ze zjazdu i jakoś tak mnie ścisnęło... No nic. zobaczymy jak mi będzie szła współpraca, mam nadzieję, że nie będzie gwoździem do trumny z harcowaniem...

Krótko, bo w bałaganie pokojowym - przemeblowanie! :) i jeszcze Marek namawia na film.

dobrze zrobiłam. to przecież normalne, że małżeństwa zazwyczaj w jednym hufcu działają i rodzą małe zuchy... ;)

a dziś zabroniono mi nosić, bo "a wiadomo czy Klaudyna nie jest w ciąży!" ;)
no nie jest. na razie. :D

środa, 10 listopada 2010

na sen,,,

nie wiem. nie wiem. nic nie wiem.

babcia jest w coraz gorszym stanie, pan S. ni wie jak sobie z tym radzić, coraz bardziej przybity chodzi...

na Tomku wymuszam w zasadzie wszystko co chcę osiągnąć. więc na dzisiejszą imprezę nie idzie... niby jego własna decyzja, ale pewnie ma mi za złe.

Tępa olusia próbuje wszczynać kłótnie na każdym kroku, dziś byłam dzielna :D przylazła z mordą i stoi w progu, żali się, drze, a ja nic dalej jak gdyby nigdy nic piszę sobie coś tam. po ok. 5 minutach poprosiłam żeby wyszła, bo mi przeszkadza. hahahaha!

humor dziś dużo lepszy. chociaż panuje nade mną dziś motto mojej mamy: nieszczęśliwe kobiety tyją.
zażarłam smutki milką. i bejkrolsami. i mandarynkami (może chociaż te mi na zdrowie a nie w dupę pójdą )
na kolację T. przywiezie pizzę.


jutro będziemy jeść zdrowo. do babci jedziemy. mojej własnej. więc będę miała chwilę wytchnienia od babci stancjowej.
U babci był dziś ksiądz z ostatnim namaszczeniem. Pierwszy raz patrzę na umierającego człowieka.
Bardzo to przygnębiające.
Pan S. nie chciał tego księdza, uważał, że jest jeszcze nie potrzebny, a z drugiej strony sam mi dziś powiedział, że to już początek końca.  Mam nadzieję, że babcia jeszcze pociągnie. jeszcze chociaż tydzień. Niech wróci pani H., bo inaczej będzie baaardzo ciężko.

Myśląc o babci naszły mnie pewne refleksje.
Ciekawa jestem gdzie pochowali by nas rodzice gdybyśmy zmarli z Tomkiem razem. Każde z osobna? Czy razem? a jak razem to gdzie? W Olsztynie? W Ostródzie? W Elblągu? Muszę zapytać mamę w piątek.

wtorek, 9 listopada 2010

sdfgh

nie wiem czy każde jego wyjście z "koleżankami" z pracy będzie mnie tak wkurwiać?
 czy moze jestem przemęczona. nie wiem, tymczasem mam wszystkiego dość,

żałując czasem.

czwartek, 28 października 2010

o samotności.

bardzo ciężka noc za mną. za nim też... z pracy wrócił o 3. wiem, trudna sytuacja. staram się rozumieć.
ale eh. dzwonię a on mówi, że się zbiera, w tle słyszę śmiechy, więc myślę sobie wszystko się dobrze kończy. mija godzina a go dalej nie ma... więc znów dzwonię, znów "uroczy" śmiech w tle. znów mówi, że już kończą. No dobrze. czekam, martwię się, bo przecież będzie wracał samochodem, a wiem, że lubi poszaleć, więc będę spokojna dopiero jak będzie w domu. mija kolejna godzina. i jeszcze jedna. napisałam smsa. brak odpowiedzi, za pół godziny kolejnego. znów mnie olał. o drugiej w nocy ostatni raz dzwonię, tak, zaraz wracam... zaraz jest bardzo względne. bo był ok. 3...

byłam strasznie rozżalona, bo w tle nie było słychać, że są w trudnej sytuacji, zawsze ktoś się śmiał. jak super zabawa a nie groźba zwolnienia... byłam strasznie rozżalona, bo się o niego martwiłam, a on nie dawał znaku życia... byłam strasznie rozżalona, bo to 4 dzień mojej samotności... a miał mieć wolne... w piątek też ma planowo wolne, ale sam nie wie czy znów nie będzie musiał iść...

jest mi cholera samotnie. jeszcze nigdy nie byłam taka samotna, jak teraz - w małżeństwie.

wiem, że sama jestem sobie winna, w zeszłym roku nie utrzymywałam w zasadzie z nikim kontaktu. dopadł mnie dół, tak, że starczałam sobie sama, on mi wystarczał. a teraz jesteśmy razem, a bardziej osobno niż w dawnych latach.

w prezencie ślubnym dostaliśmy od kogoś (nie wiem dokładnie, bo bez dedykacji...) książkę E.Gilbert "I że cię nie opuszczę, czyli love story". staram się przez nią przebrnąć, ale nie wiem czy to dobra lektura na ten czas. Wstęp poświęcony jest dramatom rozwodowym, czyli małżeństwa nie polecamy. Po przeczytaniu go odłożyłam ją na dłuższy czas.bo jak to czytać książkę o rozwodach zaraz po ślubie... ;) ale po jakimś czasie znów po nią sięgnęłam. chyba jednak znów powinnam odłożyć, bo nie potrafię utożsamiać się z bohaterką na tyle, żeby pojąć jej sposób rozumowania. Za bardzo martwię się o moje małżeństwo...


...czy ktoś to w ogóle czyta?

wtorek, 26 października 2010

zaniedbany

fakt, zaniedbany. ale czasem mam wrażenie, że to co chcę napisać jest zbyt intymne. to znaczy nie. nie zbyt intymne. jest normalne życiowe, ale mogłoby zostać odebrane jako zbyt odważne czy wyzywające. wydaje mi się, że żyję w zbyt pruderyjnym środowisku.

weszłam w nowy etap życia. staram się jak mogę, żeby być dobrą żoną. a z drugiej strony czy nie za bardzo się napinam, żeby udowodnić sobie samej, że mogę wejść w schemat dobrej żony? sama nie wiem.

bo co to znaczy dobra żona? czy taka, która poda obiad mężowi, gdy on wraca zmęczony z pracy? czy taka, która dba o to, żeby miał czyste koszule do pracy? czy taka, która od świtu sprząta mieszkanie, żeby gdy mąż wraca z pracy mógł odpocząć w czystym mieszkaniu?

eh. u nas sytuacja jest prosta - Tomek pracuje, ja chodzę do szkoły. zajęcia mam dwa razy w tyg. więc pozostałe pięć spędzam na 12 m.kw. naszego pokoju.  czy w takim razie Tomek powinien oczekiwać, że zapewnię mu obiad, porządek i czyste koszule...?

czasem ma pretensje, że cały dzień przeleżałam w łóżku, a obiad musimy zrobić razem kiedy on wraca o 21...
wiem, że w takiej sytuacji ma prawo się złościć... tylko czasem ta samotność mnie na tyle przytłacza, że ciężko się do czegoś zmusić...

Wczoraj zrobiłam (sama) obiady na 3 dni, tak, żeby Tomek mógł zabrać sobie do pracy i odgrzać, zamiast jeść pierwszy ciepły posiłek o 21...
czuję się z siebie dumna.

trochę bez składni, ale jakoś zmęczona jestem. dzis na tapecie pranie - już cztery stosy przygotowane, piąty się pierze.

sobota, 28 sierpnia 2010

;(

za 5 druga w nocy. leżę i płaczę. nas sobą, nad Tobą. boję się przyszłości. za trzy dni 1 września.
lata i nie śpi jakaś obłąkana mucha. czy muchy śpią? ile żyje mucha? może ie śpi, bo żyje za krótko?

boję się, że żyję za mało, nie za krótko, tylko, że coś tracę. Że przemija gdzieś obok.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Ręce opadają.

Wiem, że jestem nerwowa, wiem. Wiem, że ostatnio jestem bardziej.

Ale czuję się traktowana jak dziecko.

Zdania typu "zrobicie jak chcecie, ale ja uważam..." w ostatnich dwóch miesiącach są mottem bliskich. Działają mi tak na nerwy, że odchodzę z płaczem, albo udaję, że wszystko fajnie, zgadzam się na ich wizję. A ja tak nie chcę.


"bo my wiemy lepiej".

niedziela, 8 sierpnia 2010

ze zmęczenia...

jakoś mam ostatnio okrutny humor.

zmęczona jestem tematem ślubu. cieszę się z niego ogromnie, pragnę jak nie wiem co, ale jestem już zmęczona. Jeszcze miesiąc trwania w zawieszeniu. Takiego nic nie robienia, nawet nie ma możliwości czegoś robienia, bo wszystko (prawie) jest zrobione...


Więc siedzę albo znudzona, albo wściekła i szukam powodów żeby się kłócić,  bo przynajmniej "się zadzieje".

eh. jak przyspieszyć czas?

wtorek, 27 lipca 2010

niedziela, 18 lipca 2010

Wycieczka kopenhaska dzień 7. i powrót do domu.

Dziś najgorszy dzień ze wszystkich. Zawroty głowy, ból brzucha, odruch wymiotny.

Skończyło się płaczem z głodu i decyzją Tomka, że kończymy. Dla własnego zdrowia.

Trochę mi żal, ale tydzień to i tak długo.

Od jutra zaczynamy jeść racjonalnie - 5 posiłków głownie warzywa.

sobota, 17 lipca 2010

Wycieczka kopenhaska dzień 6.

Dzień bardzo ciężki, oboje wystawieni na pokusy.

Dziś głód jakoś dziwnie dawał o sobie znać - bolący brzuch.

Jestem strasznie zmęczona, więc i pisać nie mam siły...

Krótko mówiąc - ciężko i już.

piątek, 16 lipca 2010

Kopenhaska wycieczka dzień 5.

Generalnie nie wiem co napisać, jest luz. Na tyle luz, że nie zjadłam nawet kolacji.

Ryba też weszła - wyszła. Szybka akcja.

Jest na prawdę fajnie :) żeby jeszcze było widać efekty...

czwartek, 15 lipca 2010

Kopenhaska wycieczka dzień 4.

Super ekstra luz i spontan :)

Generalnie rano brzuch mnie bolał, ale już sobie przypomniałam, że przecież dziś sałatka owocowa, więc nie ma co marudzić! :D

środa, 14 lipca 2010

Kopenhaska wycieczka dzień 3.

Dziwny dzień.
W nocy śniło mi się, że spałam w łóżku z "panią Basią" przebudziłam się i szukałam jej wzrokiem. w ogóle dziwny sen - widziałam jak śpię.

Bilans jedzeniowy dziś bardzo ubogi - jedno jajko na twardo, ok. 50 g sałaty z olejem i cytryną, 10 dkg winogron w ramach owocu i troszkę brokułów zamiast szpinaku, już tak z przymusu, bo niby czuję głd, ale jak myślę o jedzeniu to troszkę mi nie dobrze.. do tego dużo wody wypiłam, więc chyba luz.

generalnie łapię się na tym, że marzę o jedzeniu. pierwszy raz tak mam.
ale podobają mi się takie megazdrowe zakupy :) sama sałata, marchewka, jogurt naturalny... :D

wtorek, 13 lipca 2010

Kopenhaska wycieczka dzień 2.

Nieźle jest. Moja ulubiona potrawa  - sałata z olejem i cytryną. Miałam kilkuminutowy kryzys ale złośliwości Tomka mi pomogły.

Już planuję co zjem w niedzielę za tydzień. I przesuwam urodziny o jeden dzień, bo w oryginale to ostatni dzień diety. :)


Kończę bo sałata czeka.

ah! szyneczka była dziś pyszna... :)

poniedziałek, 12 lipca 2010

Kopenhaska wycieczka dzień 1.

Rano masakra, po ciężkiej nocy razem z pomyleniem miejsca i czasu na czele obudziłam się wymęczona. Wydy ciepłej brak ;/


Po kawie ręce i nogi trzęsły mi się długi czas. W ramach obiadku pomidor, 2 jajka i 100 g szpinaku. Z mnóstwem czosnku. Całkiem niezłe, ale już się nie mogę doczekać "kolacji"... :D


Samopoczucie niezłe, tylko wieczny głód.

Tomek sobie nieźle też razi, próbuje sypać żarcikami, ale mój głód wywołuje irytację!


Przedobiedni dialog:
T: Nie wiem czy się najem.
K: Zjesz jajo to się zapchasz.
T: Ta, chyba jak kibel będę zapchany...


aha! drażnią mnie reklamy z jedzeniem! ale mam motywację.

czwartek, 1 lipca 2010

tak

jestem złośnicą wiem.
chcę pracować nad sobą.
jestem leniwa. wiem. a teraz ostatnimi czasy jestem leniwa do dziesiątej potęgi. wiem.

poniedziałek, 31 maja 2010

Spokój duszy.

Jest jak w piosence Grechuty - gdy Cię nie widzę nie wzdycham nie płaczę...
nie waham się czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie. Bo ja wiem.

Rozmowa z Tobą przynosi spokój duszy... Dziękuję Ci!

czwartek, 27 maja 2010

Chłód. Dla jasności i z miłości.

Zapomniałam o tobie już dawno
zapomniałam o tobie już wczoraj
to co było przedwczoraj rozpadło się
nie pamiętam ni jednego wieczoru

Zapomniałam o tobie na zawsze
zawsze znaczy dziś wczoraj i jutro
przecież wiesz że cię nigdy nie znałam
wybacz mi ale nie jest mi smutno



ciągle zima
tylko zima
wieczna zima

chłód
(R. Kasprzycki + moje poprawki ;) )
.
.
.
nadzieję żywiąc, że już do tego nie będziemy wracać.  

poniedziałek, 24 maja 2010

Wiesz o co mam żal?

że nie pytasz. że nie rozmawiamy.
.
.
.

a do siebie, że nie umiem zapomnieć.

a może zmyślam to wszystko?

110 dni.

Jakaś panika mnie ogarnia.

jestem wściekła i rozżalona. Nie chcę chyba o tym pisać, żeby nie napisać za dużo.
może po prostu jestem chora i zmęczona i wyolbrzymiam problemy...?

zastanawiam się jak by wyglądało moje życie gdybym podejmowała odwrotne decyzje...?

nie poszła do zhpu, nie była taka nieśmiała, nie odmówiła kiedyś komuś...?

ale poszłam do zhpu, byłam nieśmiała, odmówiłam, a teraz siedzę i płaczę.
.
.
.

***
za 110 dni wychodzę za mąż. Nie za szybko?

piątek, 21 maja 2010

jakoś tak,

dziś zaskoczenie ze spotkania z Martyną.

Martyną sprzed lat, myślę, że za nią tęskniłam, mimo, że nasza przyjaźń przybierała bardzo różne oblicza.

za to zawiodła mnie W. która zbyła temat nr 1 dla mnie ostatnio nie dając możliwości cieszenia się i podniecania ważną dla mnie sprawą... eh. wiem, że tego nie pochwala, ale...

no cóż. trudno.

musimy oddać mysich facetów - jeden znalazł już dom, mam nadzieję, że z drugim też pójdzie łatwo i trafią do szczęśliwych domów....

środa, 19 maja 2010

latawce.

"Strzeżcie się dziewczyny latawców
co bywa spadają z niebiosów
Choć piękni są jak te anioły
strzeżcie się niebiańskich ich oczu"


Czytając bardzo utożsamiam się z bohaterkami, w ostatnich dniach bardzo żywiołowo przeżywałam miłość Silije, a teraz czuję się jak Sol. Ciężko ciężko...
.
.
.
ale i zachwyt... tęskniłam do tych klimatów.

Tiril...

czwartek, 6 maja 2010

Znów

sobie urządziłam psychiczne samobiczowanie. Jestem chyba pod tym względem masochistką... albo po prostu nie umiem wyrosnąć, zapomnieć, olać...

więc już chyba lepiej mi być masochistką, bo doroślej to wygląda, a samo umartwianie może prowadzi do jakiegoś nie widocznego mi jeszcze celu? ;)

A już bez woalki, wiedzie mi się całkiem nieźle. Pracuję w pocie czoła i pleców ;) bardzo mi się to podoba, ta samodzielność i świadomość, że zarabiam...! :) tylko po powrocie do domu odsypiam, bo jeszcze nie wpadłam w rutynę.

za to rutyna dosięgnęła mnie tabletkowo, więc nie zdarza się, że już o niej zapomnę. :)

niestety znów potwierdziła się teoria, że we dwie nie możemy być jednocześnie szczęśliwe... ;/ ale może kończy się ta zła passa, bo ja będę już zawsze szczęśliwa... więc Ty nie możesz być już zawsze nieszczęśliwa...

jestem na literackich nizinach... od ponad miesiąca nie przeczytałam żadnej książki... chociaż od kilku dni słuchamy audiobooków... liczy się? ;)

kończę bo czas do pracy!

poniedziałek, 3 maja 2010

maj dokoła maj...

rozgrzebałam rany, na których była już cienka jasnoróżowa blizna i znów boli...


ale dookoła maj, dawno nie był tak beztrosko pełen troski.

mamy nową zabawkę - gramofon! :)

wtorek, 13 kwietnia 2010

Ciepłe słowa.

Dziś właśnie na zakończenie dnia takie usłyszałam...

Dla osoby postronnej mogłyby zabrzmieć naiwnie, może dziecinnie. Ale dla mnie... cóż.
Wzruszyłam się... Bo takie wyznanie to rzadkość.

Nie chodzi tu o wyznanie Tomka, (one też mnie wzruszają, [żeby nie było] ale w inny sposób...) a o wyzanie mojego Przyjaciela.

Kurcze. W okolicznościach w jakich się znajdujemy każde słowo musi być przemyślane w głowie i dopiero wypowiedziane...

z moją porywczością słowną uczę się przy Nim opanować emocje.
czasem jest na prawdę trudno...

Dziękuję, że wciąż chcesz być...!

środa, 7 kwietnia 2010

Wielkanocy moc.

W głowie bardzo dużo myśli, nie wiem jak je wszystkie poukładać...
Dawno już tak mocno nie przeżywałam tylu emocji...


Jestem naiwna.
Długo myślałam czy o tym tu napisać...
Może napiszę i zamknę przeszłość sama? Bez jego udziału?
I mój świat będzie uboższy o tą jedną osobę.

Nie spodziewałam się, że historie sprzed kilku dobrych lat mogą tak strasznie zaboleć.
Zwłaszcza, że mam u boku tak cudownego człowieka.

Wielki Czwartek minął mi w spokoju ducha i ciała. Wróciły co prawda wspomnienia związane z M. i jego decyzją.
Próbuję sobie w głowie ułożyć czy najpierw były słowa: "Chodźcie ze mną, a uczynię was rybakami łowiącymi ludzi" (Mt 4, 19), czy wiadomość o jego decyzji...
Sięgnęłam do wiarygodnego źródła. Najpierw były słowa, które wypowiedział. Myślałam, że były skierowane do mnie, ale okazało się, że do Niego.
Dziś wspominam to bez rozdarcia, bólu... Wcześniej strasznie mnie przejęło. Nie pamiętam czy płakałam jeszcze przy Nim, czy już w domu.
Dziś jestem spokojna. Dobrze wybrał... :)

Teraz sobie myślę, że nie warto pisać o burzy w szklance i sercu.
Bo jest Ktoś, kto mnie kocha. I ja Go kocham...   

mimo, że myśli, że żartuję...

czwartek, 1 kwietnia 2010

Sen czy jawa?

Mam ostatnio strasznie dziwne sny, albo ktoś umiera, albo ginie... albo totalnie surrealne sny... :D

Ostatnio Tomek wychodził rano do pracy, ja jeszcze spałam i chciał mi dać buziaka na dowidzenia, a ja go przez sen odepchnęłam, bo śniło mi się, że lizał mnie po twarzy pies... :D
zbieram się powoli do wyjścia, bo zaraz na święta do domu jadę.

to tyle. wesołego jajka. Tylko nie jedz zbuków! :D

wtorek, 30 marca 2010

Vini, vidi, vici

Wybyłam, odpoczęłam, wróciłam. Jestem szczęśliwa.
Dobrze mi z tym co robię. Ogarniam co trzeba.
Niektóre sprawy zaniedbuję, bo przyjdzie jeszcze na nie czas.

Wiosna wokół. I tak sobie myślę, że raz na jakiś czas potrzeba mi takiego wyrwania się, oderwania, bycia po prostu.
Tak bez pretensji, żalu, rozgoryczenia.

Co z tego, że w pokoju mam nieład, skoro w sercu porządek...?

Dobrze mi z tym, że nikt nie przychodzi i nie mówi, że mam sprzątnąć.

Jeśli chcę to potrafię utrzymać ten nieszczęsny porządek, tylko po co? Po to, żeby się męczyć robiąc cokolwiek?


Nananana! Jest już wiosna!

sobota, 20 marca 2010

tytułu brak

nie pisałam ponad pół miesiąca, nawet może ze trzy tygodnie.

chyba trochę wyrosłam z ekshibicjonizmu blogowego. rozważam usuniecie zarówno tego jak i kargolciowego. Bo trochę zmęczyła mnie ta forma kontaktu ze światem.

wiem, że dla niektórych jedyną formą kontaktu ze mną jest ten blog. Inne formy odrzucam. Samowolnie. Bo dobrze mi tu gdzie jestem w małym hermetycznym światku...

Nie chcę, żeby zabrzmiało to podle. Potrzebuję Cię M. i M. i może jeszcze kilku osób, które odgrywają dużą rolę w moim życiu. Wiem, że się martwicie kiedy nie odzywam się całe tygodnie, naprawdę wiem.

i dlatego przepraszam...

sobota, 27 lutego 2010

czas ogarniania.

zamknęłam się w moim małym dwuosobowym światku, wpuszczając czasem trochę powietrza przez otwarte okno...

ale idzie wiosna. czas się ogarnąć. czas spotkać innych ludzi.

jeśli bolało Cię moje milczenie - przepraszam. ale tego właśnie potrzebowałam.
po prostu być.

czwartek, 18 lutego 2010

:(

Czuję się nieszczęśliwa.

Czuję się niedoceniona.
Czuję się niesprawiedliwie traktowana.
Czuję się gruba i brzydka.

Najlepiej by mi było zamkniętej w wieży zamku na szczycie lodowej góry.

Nie radze sobie z emocjami.
Czuję się krzywdzona. Może nawet nie specjalnie, ale i tak boli... ;(


Co by było gdyby mnie nie było...?

poniedziałek, 15 lutego 2010

Marzenie.

Od rana mam dobry humor,
do przechodniów na ulicy śmieję się!

Jedno z marzeń nie do "przebrnięcia" weszło do puli marzeń, które zrealizują się w bardzo niedługim czasie! aż chodzę i śpiewam z radości!

Tomku, dziękuję, że jesteś tak wyrozumiały dla swojego głupola...! :*

wracam do tańca i śpiewów radości! :D

niedziela, 14 lutego 2010

Dorastanie. Nie obchodzimy walentynek.

To już nasze czwarte wspólne walentynki. No cóż. Jest coraz ciekawiej. Ja dostałam dziś śniadanie do łóżka, on kolację po powrocie z pracy. Oboje zaeksperymentowaliśmy, z różnymi efektami. On nawet udawał, że mu smakowało :).

Dostałam śliczne kwiaty. Cieszę się z tak miłego gestu :)

O dorastaniu miało być.

Mam koleżankę młodszą ode mnie o trzy lata. Ma rocznego synka. Mam znajomą, młodszą o rok - ma 5 letnią córkę. Mam koleżankę o rok starszą. Ma dwóch synków 7 i 5 lat.

Mam 21 lat. Nie mam dzieci. Sama chcę dorosnąć, żeby patrzeć jak dorastają moje dzieci.
Słuszne?

Może i tak.

Ale one mają swoją Miłość największą...

Może po prostu chciały szybciej dorosnąć?

sobota, 13 lutego 2010

Przyjęcie zaręczynowe...

No cóż, dobrze, że siedziałam, bo bym padła. Ze śmiechu...
Pewna znana nam para niedawno się zaręczyła. I z tej okazji planują urządzić przyjęcie zaręczynowe. Zaproszeni mogą przybyć "z partnerami". Kto z nas będzie zaproszonym, a kto partnerem? Tym razem to mi przypadnie w udziale to piękne określenie.

Czy to Hameryka już?

Ludzie litości! Chwała nam, że jesteśmy na emigracji i może ominie nas to znakomite przyjęcie... Bo czy taka impreza to już coctail party? I obowiązuje odpowiedni strój? Czy na takie przyjęcie przynosi się prezent? A jeśli tak to cóż ofiarować "na nową drogę życia"...?

A może to my jesteśmy zacofani i nie wiemy, że taka moda już przyszła? ;)
Jeśli tak to nadrobimy. W końcu Tomek ma w połowie marca urodziny, więc żeby nie kłopotać szanownych gości zaprosimy ich najwyżej na double party: urodzinowo - zaręczynowe... Jakie ma znaczenie, że będzie to już pół roku po doniosłym fakcie...? ;)


Hahahahaha....

Pozdrawiam tych sparowanych i tych pojedynczych. Koniec zaręczynowych wariacji...!



*jeśli obrażam tym postem czyjeś uczucia to bardzo przepraszam. Nie miałam takiego zamiaru ;)

sobota, 6 lutego 2010

Przepraszam.

Ciężko użyć tego słowa. Bardzo ciężko. Ale wiem komu jeszcze ciężej. I dziś je usłyszałam. Może już dorosłam w jego oczach, na tyle, że może ze mną porozmawiać? A przynajmniej się postarać, bo mamy mało wspólnych tematów. Mimo 21 lat wspólnego życia...

Postaram się zapomnieć.

Zraniona.

Eh. Przez kogoś bliskiego. Ale i pozornie bliskiego.
Smutno tak jakoś.

czwartek, 4 lutego 2010

wspomnienie.

Zasiedziałam się z książką w autobusie. Dojechałam przez to do pętli. Musiałam kawałek podejść na przystanek powrotny. Razem ze mną szła zabiegana mama i dwóch chłopców. Mama pokrzykiwała na nich pospieszając, a oni starali się jak mogli brnąc za nią w tym śniegu. Nie zrażeni tempem narzuconym przez matkę grali w na ostatnią literę.
- jajko.
- okoń. przegrałeś. nic nie zaczyna się na ń!
- No dobra to teraz ja zaczynam: szczeniaki.
- ile.
- ile?
- no ile. Jak ile masz lat. kończy się na e...
- ja się z tobą tak nie bawię!

uśmiechnęłam się do siebie.
my też tak się kiedyś bawiłyśmy, co prawda przegrywała osoba, która drugi raz powiedziała dane słowo.
Ciekawe, czy kiedyś będziemy potrafiły normalnie rozmawiać?
Bo mimo wszystko fajna z niej dziewczyna. I ja też jestem fajna. I mamy tylko siebie. Prawie...

Spotkałam dziś interesującą dziewczynę. Uosabiała wiele cech, których ja pożądam...
Miała krótki włosy fajnie pofrabowane na rudo (ale inny niż mój odcień), aparat na zębach, przyjemny głos, ciekawe ubrania i bardzo miły uśmiech. Zamieniłyśmy ze sobą może dwa słowa. a ja jestem ciekawa jej strasznie. Pewnie już jej nie spotkam. żałuję. Wywarła na mnie takie wrażenie, że gdy odeszłam, to chciałam wrócić i zapytać o jej nr gg czy tel. żeby kiedyś się spotkać i pogadać, ot tak. Ale jestem nieśmiała...

Jestem chorobliwie nieśmiała. Ale zaczynam się trochę przełamywać.
Przełamałam mój "wstyd" przystanku na żądanie. Kiedyś z Tomkiem odkryliśmy skrót do naszego domu. Ale trzeba wcisnąć w autobusie przystanek na żądanie, albo wysiąść wcześniej i dojść jeszcze ten kawałek. Kidy jechałam z Tomkiem, zawsze wysiadaliśmy na tym na żądanie, ale kiedy jechałam sama wysiadałam wcześniej, bo się wstydziłam zażądać zatrzymania autobusu na tym przystanku nieszczęsnym...

Kiedy muszę załatwić coś, dowiedzieć się, potrzebuję moralnego wsparcia... Bardzo rzadko zdarzy się, że zapytać czy załatwić coś samodzielnie... Musi mi bardzo zależeć...
eh. Dziwne ze mnie dziecko...!

środa, 3 lutego 2010

Lord Weider i bułeczki.

Jakiś czas temu postanowiłam schuść, bo wiosna idzie, więc i po co mi niedźwiedzia oponka? Padło na magiczną 6 pana W., bo wyglądało na proste i przyjemne... Ale takie okropieństwo jak to to chyba tylko wf w gimnazjum...!
I do tego moja hipokryzja...
cyt. "zaraz zacznę ta szóstkę, tylko frytki zjemy...".

No nic. Dziś definitywnie z szóstką kończę. I znów 6 będzie mi się kojarzyło tylko z nazwą drużyny... :)

A co do bułeczek. W Olsztynie jest sieć piekarni. Zresztą w Ostródzie też. I tam są takie bułki półfrancuskie "z czekoladą". Zawsze się nabieram na ich wygląd. Bo nie powiem, wyglądają apetycznie. Ale za każdym razem daję się naiwnie nabrać... Bo nie są z czekoladą, tylko zanurzone w czymś czekoladopodobnym, a w środku mają coś kakaowego chyba...
I dziś znów problem bułeczki na śniadanie. Tomek wziął sobie z jabłuszkiem, a ja mówię, że chcę tą czekoladową. On, że znów się zawiodę. No to dobrze. Też wzięłam tą jabłkową. I co...?
Była dobra, ale całą drogę szłam i jadłam ją rozgoryczona, że nie wzięłam czekoladowej, bo miałam na nią ochotę i może tym razem byłaby tak dobra, jak to sobie wyobraziłam...

Spotkałam dziś siostrę. Dwie siostry.
Mogłam być jak one?




A dzięki namowie Shere będę ćwiczyć jogę. i pływać. i chudnąć. i będę smagłym dziewczęciem.

wtorek, 2 lutego 2010

Idzie luty.

W sumie już przyszedł. Lubię luty, jest krótki i konkretny. 22 lutego mój dziadek ma urodziny. Tak jak R. Baden-Powell i Oliwia Powell.

Tak bardzo bym chciała, żeby te myśli niespokojne były radosne...
I nasuwa się od razu ale...

Miniony luty z pozoru był spokojny, smutny, pełen zadumy. Ale w ukryciu działo się wiele. i teraz wraca jakaś głupia myśl, że fajnie byłoby do tego wrócić. Ale nie wrócę. Nie ma do czego wracać. Ludzie tamtego czasu wydorośleli, mają inne priorytety, pasje chyba już też.
Mówią, żeby idąc przez życie nie palić za sobą mostów. Szkoda, że czasem odkrywam gorejący za mną most trochę za późno.

Nie lubię się dzielić. I to, że on kiedyś był czyjś nie istnieje w moim świecie. Teraz jest mój. I tylko to się liczy.

Skąd wiemy, że istnieje Madryt? Jakie są na to dowody?

środa, 27 stycznia 2010

Koniec Panny Depresji.

W ramach szczerej rozmowy doszliśmy do wniosku, że czytając moje myśli, można uznać, że nie jestem szczęśliwa.

A tak nie jest. Jestem bardzo szczęśliwa. Wszystkie czarne chmury zostały nad Rodzinnym. We Własnym jest ciepło i słonecznie.
a nawet żeby było słoneczniej doświetlam się lampką (jeszcze z czasów dzieciństwa...). Lubię lampki. Mogłabym mieć ich więcej, bo mam tylko jedną własną.
Bo teraz mamy wszystko wspólne (oprócz laptopa, bo on jest Tomka) i od dziś lampka. Jak to przeczytasz będziesz już wiedział. :)

"Ogólnoskautowy" zlot jest w tym roku na Jamajce. Je, je, je... :)

Jutro spędzimy "wspólny" dzień. Lubię takie dni. :) nie musimy się spieszyć, nic nie musimy. Jesteśmy my i świat.

i jutro dokonam całopalenia panny depresji. bo i po co mi ona? Szczęścia nie daje, a korzyści z niej też nijakie.

W końcu jestem ROSYJSKĄ KSIĘŻNICZKĄ!

Panda 3.

Sesja sesją, a żyć trzeba. Zaliczyłam dziś na trzy...
Niby fajnie, że zaliczone, ale z drugiej strony nie czuję się fair. Nie uczyłam się zupełnie, zaliczyłam, bo wyglądam na zagubioną w czasie i przestrzeni... I żal mi tych, którzy sumiennie cały tydzień a może i więcej się uczyli, a też tróję dostali.
Bo materiału było właśnie na tyle dni nauki...

Już dawno temu zaświtał mi w głowie pomysł odwiedzenia babci Tereski. Ale ciężko mi go zrealizować, bo babcia jest specyficzna. Dziś dzwoniąc miałam wrażenie, że ona nie bardzo ma ochotę na tą wizytę...
I zawsze boję się, że spotkam się z nią ostatni raz.
Boję się też całych Bartoszyc. Bo...
Cały miniony rok wypierałam fakt śmierci Kamila, a teraz towarzyszy mi codziennie. Mam przez to jakieś chore obsesyjne lęki. Boję się sama pójść pod prysznic, boję się zostawać sama.
Wczoraj zrobiłam awanturę T. bo pukał do drzwi łazienki. Mimo, że wiedziałam, że to on, to panicznie się bałam.
Chyba przydałby mi się dobry psycholog.


M. (anonimie) - i Twój też...
Czy to nie jest dziwne? Zastanawia mnie czy ona wie, że my z nim kiedyś...?
Bo jeśli tak to się jej dziwię lekkości tematu, przyjacielskiej postawy, nie istnienia problemu.
A może tylko ja jestem taka zawistno-wredna? Albo my dwie? ;)

Fairy - książka mojego autorstwa byłaby jakąś totalną psychodelą... ;) Zwłaszcza, że ostatnio moje imię brzmi Panna Depresja. Choć nie ukrywam, że jest to na mojej liście marzeń...
I w sumie jako marna polonistka właśnie książkę powinnam popełnić... ;)

wtorek, 26 stycznia 2010

ona

spotkałam ją przypadkiem w sklepie zachodząc po bułkę na późne śniadanie. Stała tyłem i przeszło mi przez myśl, że tak właśnie chciałabym się ubierać. A kiedy się odwróciła, lekko mnie wmurowało. i szybko musiałam ubrać się w uśmiech.
Kilka miłych słów wymienionych w kolejce. I szłyśmy ten krótki kawałek do domu. Opowiadała mi jak to jest z jej Tomkiem w zimę. A ja to wiedziałam. Bo to kiedyś był mój Tomek...

sobota, 23 stycznia 2010

wątpliwość i poczucie niższości.

Szatan organizuje wyprzedaż.
Świadomy, iż trzeba iść z duchem czasu, Szatan postanowił urządzić wyprzedaż sporej części zapasów pokus. Zamieścił ogłoszenie w gazecie i cały następny dzień uwijał się , obsługując klientów w swoim sklepie. Na sprzedaż wystawione były różne niesamowite przedmioty: kamienie, na których mogą się potknąć cnotliwi, lustra zwiększające poczucie własnej wartości oraz okulary pomniejszające znaczenie innych. Na ścianie wisiało tez kilka cennych przedmiotów, takich jak: sztylet o zakrzywionym ostrzu służący do dźgania ludzi w plecy oraz sprzęt nagrywający plotki i kłamstwa.
Nie przejmuj się ceną! – wykrzykiwał stary Szatan do wszystkich potencjalnych klientów. – Dzisiaj już bierz ze sobą to, co chcesz, a zapłacisz mi, kiedy będziesz mógł.
Jeden z kupujących zauważył dwa bardzo zużyte narzędzia zepchnięte do kąta. Nie wyglądały one jakoś nadzwyczajnie, ale były bardzo drogie. Zaciekawiony tym spytał o nie Szatana:
- Te narzędzia są już bardzo zużyte, ponieważ korzystam z nich najczęściej – odrzekł Szatan ze śmiechem. – Nie chciałbym, żeby zbytnio rzucały się w oczy, ponieważ wówczas ludzie wiedzieliby, jak się przed nimi chronić. Ale obydwa są warte swojej ceny: pierwszym jest wątpliwość, a drugim poczucie Niższości. Kiedy wszystkie inne zawiodą, te działają zawsze.

P. Coelho.


Chyba Szatan często używa wobec mnie tych dwóch narzędzi...
Nie powiem, lubię kiedy ktoś połechta moją dumę, ale rzadko się to zdarza, więc poczucie niższości to mój najlepszy przyjaciel. Właśnie dlatego tak ciężko wejść mi w nowe otoczenie. Gdy mam wsparcie jest super, ale kiedy zostaję sama strasznie panikuję i zamykam się w sobie.
Jeszcze myśl o uznaniu. Taka przewrotna myśl przyszła mi do głowy. Często zależy mi na pozytywnej opinii osób obcych, pochlebstwa ze strony rodziny traktuję z pobłażaniem, "mówią tak bo wypada". A przecież powinno być dla mnie ważne co myślą bliscy, bo to oni najczęściej mają odwagę być szczerzy...
Chociaż opinii mojej mamy boję się strasznie...

środa, 20 stycznia 2010

Przesłuchanie anioła.

Kiedy staje przed nimi
w cieniu podejrzenia
jest jeszcze cały
z materii światła

eony jego włosów
spięte są w pukiel
niewinności

po pierwszym pytaniu
policzki nabiegają krwią

krew rozprowadzają
narzędzia i interrogacja

żelazem trzciną
wolnym ogniem
określa się granice
jego ciała

uderzenie w plecy
utrwala kręgosłup
między kałużą a obłokiem

po kilku nocach
dzieło jest skończone
skórzane gardło anioła
pełne jest lepkiej ugody

jakże piękna jest chwila
gdy pada na kolana
wcielony w winę
nasycony treścią

język waha się
między wybitymi zębami
a wyznaniem

wieszają go głową w dół

z włosów anioła
ściekają krople wosku
tworząc na podłodze
prostą przepowiednię
Z.Herbert


Nie rozumiem Herberta. A może nie chcę zrozumieć? Jednak dziś chodzi mi po głowie interpretacja pana K., że tym aniołem jestem ja. I oprawcą jestem ja. Tak często. Nawet teraz. Robiąc coś wbrew sobie. Nie spodziewałam się takiej głębokości. Może właśnie dlatego nie rozumiem, bo tak wygodnie. Nie jest wbrew sobie, ale z lenistwa...

Mam nadzieję, że upadnę na kolana. I nie ironicznie to rozumiejąc. Rozsypały się okruszki w moim świecie...

Płaczliwy tydzień za mną. I dziś na prawdę wstydziłam się swoich łez. A teraz czuję taką ciepłą, wolno rozpływającą się ulgę.

Tomek właśnie mi nabija ramę tkacką. Ciekawe kiedy ze spokojem sumienia będę mogła usiąść do takich radosnych zabaw...?

Ulga.

Zaliczyłam tą podłą analizę dzieła literackiego! :) i to na 4,5!
i praca wyszła mi niezła ;)

Zadziwił mnie ogromnie wykładowca.

Nie dość, że od wejścia pamiętał moje imię - dzień dobry pani Klaudyno - to zapamiętał na jaki temat napisałam - ta pani praca o kowalewskiej, już, gdzieś tu ją mam.
Zaskoczył mnie jak nie wiem co. I tak po ludzku ze mną rozmawiał. No pełen zachwyt!


Na polu słowiańskim cieniutko... Jakoś w tym ferworze sesyjnej walki nie mam siły się jakoś przymierzyć choćby do wykrojów, przygotować je na papierze w dobrym rozmiarze...

Ogólnie mam wrażenie, że dopadła mnie ostatnio bylejakość. Coś tam niby robię, ale o 23 orientuję się, że to już wieczór, a u mnie jak zwykle nic nie zrobione...

Jeszcze tylko kilka dni i znów będzie fajnie. Chociaż z drugiej strony mój uniwersytet wielkich marzeń dalej nie wymyślił planu zajęć na przyszły semestr, więc sama nie wiem czy będzie kolorowo... Bardzo się przyzwyczaiłam do wolnych czwartków i piątków... :)

środa, 6 stycznia 2010

Bezimiennie.

Dziś tylko ciepła myśl dla Bezimiennego...

sobota, 2 stycznia 2010

2 dzień roku.

W zasadzie dla mnie zaczął się jakieś dwie godziny temu, ale korzystając z okazji, że jestem sama - piszę.

Dziś poczułam potrzebę porządkowania - z całkiem niezłym rezultatem :)
Zyskaliśmy trochę przestrzeni (zakrytej), wyrzuciliśmy parę niepotrzebnych rzeczy.

Wszystko się powoli stabilizuje... :)

i miło spędzamy czas :)

piątek, 1 stycznia 2010

Nowy rok.

Jakoś tak inaczej niż zwykle. Czy lepiej czy gorzej nie wiem...
We dwoje.
Tylko.

Zmęczyłam się.


Za to dziś śmieszny dzień. Co prawda zaczął się ok. 12 i to praniem brudów (tak dosłownie... ;) ), ale później się rozkręcił.

obejrzeliśmy film z Olą, nauczyłyśmy się z czarna myszką sztuczki, byliśmy na łyżwach w Olą i Michałem, a potem byliśmy na wycieczce w poliklinice (weterynaryjnej. :) ).

"Dlaczego chow-chow mają niebieskie języki?
Bo polizały niebo.
A dlaczego?
Bo Pan Bóg im pozwolił."

:))))