środa, 3 lutego 2010

Lord Weider i bułeczki.

Jakiś czas temu postanowiłam schuść, bo wiosna idzie, więc i po co mi niedźwiedzia oponka? Padło na magiczną 6 pana W., bo wyglądało na proste i przyjemne... Ale takie okropieństwo jak to to chyba tylko wf w gimnazjum...!
I do tego moja hipokryzja...
cyt. "zaraz zacznę ta szóstkę, tylko frytki zjemy...".

No nic. Dziś definitywnie z szóstką kończę. I znów 6 będzie mi się kojarzyło tylko z nazwą drużyny... :)

A co do bułeczek. W Olsztynie jest sieć piekarni. Zresztą w Ostródzie też. I tam są takie bułki półfrancuskie "z czekoladą". Zawsze się nabieram na ich wygląd. Bo nie powiem, wyglądają apetycznie. Ale za każdym razem daję się naiwnie nabrać... Bo nie są z czekoladą, tylko zanurzone w czymś czekoladopodobnym, a w środku mają coś kakaowego chyba...
I dziś znów problem bułeczki na śniadanie. Tomek wziął sobie z jabłuszkiem, a ja mówię, że chcę tą czekoladową. On, że znów się zawiodę. No to dobrze. Też wzięłam tą jabłkową. I co...?
Była dobra, ale całą drogę szłam i jadłam ją rozgoryczona, że nie wzięłam czekoladowej, bo miałam na nią ochotę i może tym razem byłaby tak dobra, jak to sobie wyobraziłam...

Spotkałam dziś siostrę. Dwie siostry.
Mogłam być jak one?




A dzięki namowie Shere będę ćwiczyć jogę. i pływać. i chudnąć. i będę smagłym dziewczęciem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz