środa, 2 grudnia 2009

Diariusz.

Co prawda wyjdzie w tym poście trochę mojej ignorancji, ale bywa.

Myślę sobie o panu Miłoszu. Czesławie. Nobliście naszym polskim z 1980. Ale za co dostał Nobla nie wiem. Szukałam pobieżnie, ale zaniechałam, bo bałam się, że zgubię myśl.
Już się dowiedziałam - za całokształt, który wtedy jeszcze nie był całokształtem...

Miłosz i ja (poniekąd) pochodzimy z tego samego miejsca. Znad okolic rzeki Niewiąż.
Nie związała nas za bardzo ze sobą.
Jest kilka jego utworów, które przywiązały mnie do niego, ale tymczasowo, dopóki nie ulecą z głowy.
I tak sobie myślę, swój człowiek. A napisał diariusz. Nie dziennik, nie pamiętnik. Tylko diariusz.
Diariusz to rodzaj pamiętnika lub dziennika, w którym opisane wydarzenia są uporządkowane w sposób chronologiczny. Podane w nim informacje opisują najważniejsze wydarzenia z życia codziennego danego człowieka, który je opisuje. Diariusze charakteryzują się tym, że nie jest w nich ważna literacka forma przekazu.
(z wikipedii oczywiście.)
Dla Miłosza nie jest ważna forma literacka?

Coś mi tu śmierdzi... ;)
Nie Tomku, to nie to co myślisz... :D

Ale Miłosz, natchnął mnie. Napiszę swój diariusz.
Od dziś. 3 grudnia 2009 aż do 3 grudnia 2010.
Inspiracją jest też Julie&Julia. Cudny film.
A więc czas start!

Dziś pogoda deszczowa. Ale wieczorem wyszliśmy na chwilkę, ja tylko w samym ciniutkim polarku i by ło naprawdę ciepło. Przyjemnie, nie mogę uwierzyć, że to jest grudzień.
Ostatnio mam manię śpiewania na ulicy. Nie robię tego w domu, wtedy kiedy mogłabym to spokojnie robić, ale idę sobie miastem i czasem nawet nie krępuję się śpiewać na głos. Co czasem doprowadza do furii Tomka. Ale przy tym tak dobrze się bawię.
Znów mam ochotę się wygłupiać i szaleć, tak po klaudynkowemu...

Może mrok za mną? Mam taką nadzieję.

Doszłam do wniosku, że będę mogła mieć chyba tylko jedno dziecko, bo nie umiem kochać tak samo...;)
Doświadczenie przeprowadzone na myszach. Ależ to okrutnie zabrzmiało.
Chodzi o to, że mam swoje faworytki.
Kocham moją Funię nad życie, martwi mnie każdy jej mały pisk. Co do szarej mam mieszane uczucia, bo to ona krzywdzi moją Funieczkę (nie wiedziałam, że tak polubię to imię... ;) ), ale z drugiej strony broni swojego domku, terytorium. Taka rozbita jestem miedzy dwoma skrajnymi uczuciami... ;)

Dobra kończę na dziś bo o czym jutro będę pisać...

jeszcze tylko Miłosz na dobry dzień:

SROCZOŚĆ

Ten sam i nie ten sam szedłem przez las dębowy
Dziwiąc się, że muza moja, Mnemozyne,
Nic nie ujęła mojemu zdziwieniu.
Skrzeczała sroka i mówiłem: sroczość,
Czymże jest sroczość? Do sroczego serca,
Do włochatego nozdrza nad dziobem i lotu
Który odnawia się kiedy obniża
Nigdy nie sięgnę a więc jej nie poznam.
Jeżeli jednak sroczość nie istnieje
To nie istnieje i moja natura.
Kto by pomyślał, że tak, po stuleciach,
Wynajdę spór o uniwersalia.

Montgeron, 1958

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz