W zasadzie już się zdystansowałam do tego co się działo od wtorku... :)
Byłam na wycieczce jako animator. Wycieczka na trasie Częstochowa - Zakopane - Kraków. Nie powiem, było męcząco, zwłaszcza, że chodziłam ostatnio więcej niż zwykle... ;)
Ale w sumie wspominam dość przyjemnie.
Wtorek - Częstochowa. Byłam już kilka razy na Jasnej Górze, ale za każdym razem udaje mi się zobaczyć coś innego... :)
Ogólnie pierwszy dzień bulwersu... ;)
Środa - Dolina Kościeliska. Zaraz po wejściu do doliny lunęło. W schronisku zjadłam placki ziemniaczane :) morale mi wzrosły! W schronisku młodzian z liceum z Ząbkowic Śląskich ofiarował nam bandaż elastyczny, bo my oczywiście wyszliśmy bez apteczki... (bulwers wzrósł). W drodze powrotnej deszcz lał nieustannie.
Wróciliśmy do schroniska, ciepło się ubrałam, zjadłam pyszny rosołek i zaraz trzeba było jechać do p. Adama Gąsiennicy, który opowiadał ponoć zabawnie, ale to nie mój typ humoru. I zapamiętałam go inaczej... ;)
Czwartek - wycieczka do Zakopanego. Ciekawy dzień, ale za dużo czasu wolnego...
zeżarłam dużo oscypków...! Po południu było ognisko, ale deszcz wygrał i się skończyło... :)
Piątek - wyjazd do domu, a po drodze Kraków. No cóż. Odwiedziłam Wieszczów romantycznych, Królów w przerdzewiałych trumienkach (ach to morowe powietrze... ;)), dotknęłam prawą ręką serca dzwonu Zygmunta ( na zamążpójście... ;)) i tu skończyła się moja wycieczka, bo naiwnie zaproponowałam, że zabiorę dzieciaka do autokaru z gorączką. I musiałam już z nim zostać. Wyskoczyłam jeszcze do Jubilata po cukierki. A przy okazji kupiłam tacie cygarka waniliowe i "kapuczino". Pani mnie wylegitymowała :) śmiesznie :).
i to by było na tyle z mojej ambitnej wycieczki.
W weekend nasłuchałam się jaka to ja jestem... więc nie warto pisać.
A przy okazji najlepszego z okazji dnia dziecka! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz