poniedziałek, 15 czerwca 2009

eh.

Zły czas, ale i czas wyzwolenia.

Zjadłam pół kilograma czereśni. Słodkie były...:)
Czeka na mnie jeszcze kilogram arbuza, i trochę truskawek.
Poważnie uzupełniam potas, wapń, magnez i witaminki C, P i grupę B:)
Bo już mi kilku składników brakuje.

Co ja mam więcej powiedzieć...?
Jeszcze kilka dni i z T. się zobaczymy...:) a potem jeszcze kilka dni i wyjeżdżamy. Więc jeszcze więcej uśmiechu:))))

Są też problemy i widmo ich konsekwencji. Ale po co pisać i czytać o smutkach...?

piątek, 12 czerwca 2009

Elbląg/Olsztyn/Ostróda

Ach... Dobrze, że mój PM T. pomyślał i ustawił dwa budziki... ;) bo na swój nie zareagował, albo on nie dzwonił. Natomiast mój ma wredny dzwonek, wiec nie dało się spać...
Łzy przy pożegnaniu, jakbyśmy się rozstawali na najbliższy miesiąc... ;) a być może znów się przytulę jutro... :) ale nie wyprzedzajmy faktów...!

Olsztyn, jak Olsztyn, nieprzyjazny dla podróżniczki Klaudyny.
Zaliczyłam scs, wygrałam 10 zł w chipsach..., a dokładniej znalazłam je w paczce:)
Więc zaszalałam i za połowę doładowałam konto a za drugą wróciłam busem do domku.

Miły gest dresa, po którym zupełnie bym się tego nie spodziewała, ustąpił mi miejsca, i to tak jakoś zgrabnie, bez wymuszania... ;)

Powędrowałam dziś do hufca, bardzo niechętnie, ale cóż. Sprzątnęłyśmy salę. Złapałam bulwersa, ale już mi chyba minął...

I zaraz zjem smażonego kalafiorka... :) mniam! :)

i do tego tego zdjęcie które poretuszowałam równo... mam nadzieję, że nie widać za bardzo... ;)
tak je bardzo lubię... :)

czwartek, 11 czerwca 2009

Elbląg dzień 2.

Mimo, że mało aktywny to i tak ciężka głowa i mało myśli...

W zasadzie nie robiliśmy nic oprócz rozgrywek w simsy 3 ;) już nawet córkę mamy, a drugie dziecko w drodze... :)

tak się dziś zaczęłam zastanawiać, czy to nie jest moja ostatnia wizyta tutaj przed wyprowadzką...
Bo tak naprawdę zostało niewiele dni, a większość z nich i tak spędzimy na emigracji krajowej (o ile w ogóle można tak powiedzieć...)... A resztę snując się gdzieś po kątach naszych okolic.

Co do przeprowadzki... Już chyba oboje mamy poczucie, że dom, który wybraliśmy naprawdę stanie się naszym domem. Wymarzonym domem Klaudyny... ;)

Już nawet opracowałam teorię, że wejdziemy w jego posiadanie przez zasiedzenie... :)
ale nie uprzedzajmy faktów, bo co jeśli jakiś zły ludź zarządzi inaczej niz my chcemy...?

środa, 10 czerwca 2009

Elbląg dzień 1.

Całkiem przyjemniaszczy dzień :)

udało się sprawnie załatwić to co trzeba było, PM T. został przewodnikiem, może mnie dogoni... :)

Ci, którzy chcieli pokazali, że jestem tu miło widziana, Ci którzy nie chcieli nie pokazali... :)
Lody z okazji uczczenia dzisiejszego sukcesu o smaku czekolady z chilli nie należą do moich ulubionych, więc T został przymuszony do ich spożycia... :)
Poznałam miłą Kasię, spotkaliśmy Madzię, która wywołała u mnie przypływ sympatii :)

Tylko ból zęba przyprawia mnie o mdłości...
Teraz kot śpi na łóżku, a T. się kąpie.
Co do kota mam mieszane odczucia...
Chyba przez to, że jest nieprzewidywalna to trochę się jej boję...
Bo zabrałam mu możliwość spania z Panem i zajęłam jej miejsce. Więc patrzy na mnie wielkimi zielonymi oczami...

Ja chyba już nie ufam istotom o zielonych oczach...

wtorek, 9 czerwca 2009

smutkowo

tyle smutków na głowie że nie wiem co zrobić... :(

niedziela, 7 czerwca 2009

Lednica i przyległości...

No to się wybraliśmy. Ale właśnie stwierdziłam, że nie mam siły nic pisać.

Było fajniej niż można sądzić, ale gdzieś mi się zgubił klimat...
Rozmowa z cudownym ks. Markiem natchnęła mnie do wielu przemyśleń i poważnej rozmowy z T.
ale na nią przyjdzie jeszcze czas... :)
Wtedy kiedy oboje do niej dorośniemy. Oby nie za późno. :)

Nie lubię jeździć z ładnymi dziewczynami tak jak Łasic, bo wyrywają fajnych chłopaków, a mnie porzucają... ;)
I moja samoocena przy niej spada.
Ale może to będzie motywacja do niejedzenia słodyczy i trochę schudnięcia? :)

Natomiast wśród wędrowników rozłam się szykuje, ale nie wyprzedzajmy faktów wszystko wyjdzie w niedzielę. :)

Krótka wizyta w Toruniu to sama przyjemność:)
Fajnie mieć miejsce, do którego można wpaść i się poczuć swojsko... :)
A Gaja jest już coraz sprytniejsza :) Wspaniały Maluch z niej...! :)

Czas płynie...

czwartek, 4 czerwca 2009

Myśleć powoli czasem trzeba

mimo, że na studiach dupa, reszta zaczyna się układać... :)

kończą się burze i zaczyna wychodzić słońce...

Ten najważniejszy powierzył mi dziś część tajemnicy, która powoduje, że trzęsą mi się ręce (ale z radości...) i chcę wiedzieć więcej, ale On nic nie zdradzi, dopóki nie przyjdzie czas...

Chciałabym wszystkim o tym opowiedzieć, ale skoro to tajemnica, to tajemnicą musi pozostać... :)

Ciekawe kto wymyślił tajemnicę...?

jutro jadę na Lednicę, jako służba. Ciekawe ile się przysłużę...

środa, 3 czerwca 2009

marnie tak

mijają dni na niczym w zasadzie... Zaraz koniec roku, więc będzie po wszystkim i nowy etap w życiu, ale nie rozpoczyna się on zbyt kolorowo. Ale cóż. Za błędy się płaci... Czasem słono.
Ciekawe skąd się wzięło stwierdzenie, że płaci się za coś SŁONO? :)

W zasadzie nie wiem co więcej pisać, wyjęłam pierścionek taki malutki i skromniutki, w szampańskim kolorze, od mamy i tak ładnie błyszczy mi na palcu... :)

Z jednej strony marnie, ale z drugiej rozmyślając uśmiecham się do siebie wewnętrznie... :)
A wczoraj była u mnie powódź...
Filmiki można takie obejrzeć:
Kąpiące się dzieci na parkingu...
Relacja TVNu i relacja Onetu ogólnie niezła impreza... ;)

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Cd. Tygodnika.

W zasadzie już się zdystansowałam do tego co się działo od wtorku... :)
Byłam na wycieczce jako animator. Wycieczka na trasie Częstochowa - Zakopane - Kraków. Nie powiem, było męcząco, zwłaszcza, że chodziłam ostatnio więcej niż zwykle... ;)
Ale w sumie wspominam dość przyjemnie.
Wtorek - Częstochowa. Byłam już kilka razy na Jasnej Górze, ale za każdym razem udaje mi się zobaczyć coś innego... :)
Ogólnie pierwszy dzień bulwersu... ;)
Środa - Dolina Kościeliska. Zaraz po wejściu do doliny lunęło. W schronisku zjadłam placki ziemniaczane :) morale mi wzrosły! W schronisku młodzian z liceum z Ząbkowic Śląskich ofiarował nam bandaż elastyczny, bo my oczywiście wyszliśmy bez apteczki... (bulwers wzrósł). W drodze powrotnej deszcz lał nieustannie.
Wróciliśmy do schroniska, ciepło się ubrałam, zjadłam pyszny rosołek i zaraz trzeba było jechać do p. Adama Gąsiennicy, który opowiadał ponoć zabawnie, ale to nie mój typ humoru. I zapamiętałam go inaczej... ;)
Czwartek - wycieczka do Zakopanego. Ciekawy dzień, ale za dużo czasu wolnego...
zeżarłam dużo oscypków...! Po południu było ognisko, ale deszcz wygrał i się skończyło... :)
Piątek - wyjazd do domu, a po drodze Kraków. No cóż. Odwiedziłam Wieszczów romantycznych, Królów w przerdzewiałych trumienkach (ach to morowe powietrze... ;)), dotknęłam prawą ręką serca dzwonu Zygmunta ( na zamążpójście... ;)) i tu skończyła się moja wycieczka, bo naiwnie zaproponowałam, że zabiorę dzieciaka do autokaru z gorączką. I musiałam już z nim zostać. Wyskoczyłam jeszcze do Jubilata po cukierki. A przy okazji kupiłam tacie cygarka waniliowe i "kapuczino". Pani mnie wylegitymowała :) śmiesznie :).
i to by było na tyle z mojej ambitnej wycieczki.

W weekend nasłuchałam się jaka to ja jestem... więc nie warto pisać.

A przy okazji najlepszego z okazji dnia dziecka! :)