sobota, 5 grudnia 2009

Marzenia.

Wpis dnia czwartego.

Taki w sumie dzień nieroba.
Nie jadłam, nie sprzątałam. Wycinałam te moje kartki świąteczne - mam już odciski na palcach.

Obejrzałam 4, 5 i 6 sezon SATCu.
Eh z jednej strony chciałabym żyć ich życiem, a z drugiej strony ono jest takie puste.
Cytując Stanforda:
To nasze hobby. Jedni zajmują się sztuką i rzemiosłem, a my oceniamy.

Ja zajmuję się rzemiosłem, ale też oceniam... Nie da się ukryć.

Ale miało być o marzeniach.
Mamy takie wielkie, a przynajmniej bardzo duże marzenie. Własna herbaciarnio-galeria.
Mamy nawet wybrane miejsce na nią, ja potrafię sobie nawet wyobrazić kolor ścian, układ stolików, wystrój...
Początkowo chciałam żeby to było coś na kształt pewnej herbaciarni w Cisnej, którą odwiedziliśmy kilka lat temu... (zabrzmiało to jakbyśmy byli co najmniej dziesięć lat po ślubie;) ), ale na dzień dzisiejszy myślę, że chciałabym stworzyć coś naszego. Ciekawe, czy czytając to za kilka lat przynajmniej troszkę będziemy bliżej celu?

M. zażartowała dziś, że jestem słomianą wdową.
Coś w tym jest.
Co prawda bardziej weekendową słomianą narzeczoną. Nie ma Cię już tyle godzin. W sumie to dla mnie taki czas milczenia. Odzywam się jedynie przez telefon.
Jestem chyba antypatyczna.
Odpycham od siebie przyjaciół. Zastanawiam się tak na prawdę dlaczego tych troje, których jeszcze mam pozostali przy mnie.
Dlaczego jesteś przy mnie, Tomku?
...

Dlaczego trwasz przy mnie, Marto?
...

Dlaczego pozostaję Twoją przyjaciółką, M...?
....

przecież nie zasługuję.

To nie jest tak, że siedzę teraz i się użalam nad sobą. Nie jest tak. Czasem udaje mi się pomyśleć tak obiektywnie o sobie.
Ach.

a przy okazji obiektywizmu - czas się wziąć za siebie, trochę mi się przytyło. Zawsze myślałam, że studenckie życie to chude czasy. I w sumie nasze życie nie jest w ogóle tłuste, ale moje bioderka jak najbardziej... ;)
Może zbieram ten tłuszyczk jak jeż na zimę?

I teraz zagadka biologiczna.
Czy myszy w warunkach naturalnych zasypiają na zimę?

Za prawidłową odpowiedź będzie nagroda :)

Dobra koniec marudzenia. Tak długo pisałam, że północ mnie zastała.

Jeszcze tylko jedna myśl.
Ciekawa jestem czy jak na filmach jest pokazane, że ktoś pisze na komputerze, literki wyświetlają się na ekranie, to piszą to aktorzy, czy raczej sekretarki - dublerki - szybko piszące? (obstawiam, że to kobiety, po wyglądzie ich dłoni ;) )
A może aktorki potrafią szybko pisać, a tylko ja tak wolno piszę?
Si ju lejter aligejter ;)

Dzień trzeci - piasny w dniu czwartym.

Pierwszego dnia zastanawiałam się, co będzie jak skończy się internet.
Tomek powiedział, żeby napisac na kartce.
I stało się.
Nie było wczoraj internetu...

Byliśmy w RCKiK.
było mi słabo już od samej myśli przebywania tam. Ale chciałabym oddać krew. Mimo, że nie mogę.
W sumie cały dzień upłyną na pobycie tam i oglądaniu Muminków.

W Mumminkach jest wiele sprzeczności.
Bo np. Muminek mówi, że dobrze, że w Dolinie Muminków nie ma prądu, ale Mała Mi Chciała coś tam podłączyć do centralnego ogrzewania w domu Muminków. Mama Muminka chciała wynająć samochód do przewiezienia do domu statku kosmitów i zrobienia z nego dobudówki do kuchni, albo pokoju gościnnego.

Są samochody i ogrzewanie centralne ale nie ma prądu.
Ale za to Mama Muminka umie zrobić szybko piec z kamieni na bezludnej wyspie i usmażyć na nim naleśniki.
Zdolan ta Mamusia Muminka.

Ciekawił mnie motyw Buki.
Nie pamiętałam po co ona przychodzi do Muminków, pamiętałam tylko, że jest zła. A wcale nie była, i w sumie mimo, że Bukę zapomniałam, to trzech postaci w tą postać zamieszanych już nie.
Chodiz o Topika i Topcię - rodzeństwo, które ukradło Buce rubin królewski i o Czarnoksiężnika, który szukał tego rubinu całe życie.

czwartek, 3 grudnia 2009

Dzien drugi.

Na razie starczyło mi ambicji do napisania. :)
Przyjemny dzień. A przynajmniej przyjemnie się zaczyna.
Rano nie mogłam się dobudzić. I tak przez godzinkę leżałam i przeciągałam, aż w końcu nie było odwrotu.
Pojechaliśmy na rozmowę o pracę.
Tzn. Tomek pojechał, a ja towarzysko.
Poszłam do Empiku pooglądać zagramaniczne gazetki craftowe (ile one kosztują...!) i poradniki. To ostatnio moje dwa ulubione działy ;).

Ale nie było nic nowego więc śmignęłam do Joko po papierki. I dostałam zniżkę - dla uczniów plastyka - może to znak? ;) Ucieszyłam się jak nie wiem co:)

Później był miły spacer do domku.
Z małymi zawirowaniami. I zakupami obiadowymi.
W niedzielę Mikołajki.
Tomek jedzie do Elbląga. Trochę smutaskowo.

Cóż za tandetnych słów ostatnio używam...

środa, 2 grudnia 2009

Diariusz.

Co prawda wyjdzie w tym poście trochę mojej ignorancji, ale bywa.

Myślę sobie o panu Miłoszu. Czesławie. Nobliście naszym polskim z 1980. Ale za co dostał Nobla nie wiem. Szukałam pobieżnie, ale zaniechałam, bo bałam się, że zgubię myśl.
Już się dowiedziałam - za całokształt, który wtedy jeszcze nie był całokształtem...

Miłosz i ja (poniekąd) pochodzimy z tego samego miejsca. Znad okolic rzeki Niewiąż.
Nie związała nas za bardzo ze sobą.
Jest kilka jego utworów, które przywiązały mnie do niego, ale tymczasowo, dopóki nie ulecą z głowy.
I tak sobie myślę, swój człowiek. A napisał diariusz. Nie dziennik, nie pamiętnik. Tylko diariusz.
Diariusz to rodzaj pamiętnika lub dziennika, w którym opisane wydarzenia są uporządkowane w sposób chronologiczny. Podane w nim informacje opisują najważniejsze wydarzenia z życia codziennego danego człowieka, który je opisuje. Diariusze charakteryzują się tym, że nie jest w nich ważna literacka forma przekazu.
(z wikipedii oczywiście.)
Dla Miłosza nie jest ważna forma literacka?

Coś mi tu śmierdzi... ;)
Nie Tomku, to nie to co myślisz... :D

Ale Miłosz, natchnął mnie. Napiszę swój diariusz.
Od dziś. 3 grudnia 2009 aż do 3 grudnia 2010.
Inspiracją jest też Julie&Julia. Cudny film.
A więc czas start!

Dziś pogoda deszczowa. Ale wieczorem wyszliśmy na chwilkę, ja tylko w samym ciniutkim polarku i by ło naprawdę ciepło. Przyjemnie, nie mogę uwierzyć, że to jest grudzień.
Ostatnio mam manię śpiewania na ulicy. Nie robię tego w domu, wtedy kiedy mogłabym to spokojnie robić, ale idę sobie miastem i czasem nawet nie krępuję się śpiewać na głos. Co czasem doprowadza do furii Tomka. Ale przy tym tak dobrze się bawię.
Znów mam ochotę się wygłupiać i szaleć, tak po klaudynkowemu...

Może mrok za mną? Mam taką nadzieję.

Doszłam do wniosku, że będę mogła mieć chyba tylko jedno dziecko, bo nie umiem kochać tak samo...;)
Doświadczenie przeprowadzone na myszach. Ależ to okrutnie zabrzmiało.
Chodzi o to, że mam swoje faworytki.
Kocham moją Funię nad życie, martwi mnie każdy jej mały pisk. Co do szarej mam mieszane uczucia, bo to ona krzywdzi moją Funieczkę (nie wiedziałam, że tak polubię to imię... ;) ), ale z drugiej strony broni swojego domku, terytorium. Taka rozbita jestem miedzy dwoma skrajnymi uczuciami... ;)

Dobra kończę na dziś bo o czym jutro będę pisać...

jeszcze tylko Miłosz na dobry dzień:

SROCZOŚĆ

Ten sam i nie ten sam szedłem przez las dębowy
Dziwiąc się, że muza moja, Mnemozyne,
Nic nie ujęła mojemu zdziwieniu.
Skrzeczała sroka i mówiłem: sroczość,
Czymże jest sroczość? Do sroczego serca,
Do włochatego nozdrza nad dziobem i lotu
Który odnawia się kiedy obniża
Nigdy nie sięgnę a więc jej nie poznam.
Jeżeli jednak sroczość nie istnieje
To nie istnieje i moja natura.
Kto by pomyślał, że tak, po stuleciach,
Wynajdę spór o uniwersalia.

Montgeron, 1958

niedziela, 8 listopada 2009

myśl.

Szybko.
Pojechaliśmy sobie dziś na spacer. W sumie mieliśmy jechać do Sowy, ale uprzedzam fakty.
Pojechaliśmy sobie dziś na spacer. Pojechaliśmy, bo musieliśmy dojechać na miejsce spacerowe. W międzyczasie na przystanku czekaliśmy na pewne staruszki, które spacerem szły do autobusu, ale kierowca zaczekał. Usiadły niedaleko nas, więc słyszałam ich rozmowę. O tym, że tu (czyli w Ol.) wszyscy się spieszą, szybko chodzą, szybko załatwiają sprawy. I coś w tym jest. Tu zawsze się biegnie do autobusu, wkurza w czasie stania w kolejce, jest za mało czasu na spacery.
Czy ja tez już jestem taka? Że się spieszę? Że biegnę próbując zdążyć za całym światem?
W moim światku się nie biegało. Wracało z kościoła po dwie godziny (normalnie ok. 15 minut). Codziennie spacerowało. Było dużo czasu...

Zaręczyny.
W tym samym autobusie dopadła mnie myśl, że na spacery jeździmy w te same miejsca. I dziś znów tam jechaliśmy. Jest dla mnie taka szczególna brama, nic ciekawego architektonicznie. Żadna Wysoka, czy secesyjna. Ale dla mnie specjalna. Staliśmy tam kiedyś w deszczu...
Jesteśmy zaręczeni miesiąc. Niby niewiele się zmieniło. Ale się zmieniło. Jest spokojnie. Błogo. Jak w gnieździe. Tego potrzebowałam od tak dawna... I w sumie więcej dziś mi nie potrzeba, no może tylko błękitnego nieba... ;)

Deszcz.
Nie pamiętam jaka była pogoda. Pamiętam niepokój. Radość. Poczucie szczęścia. Był październik.

Było ciepło, ale czy na tyle, że byłam tylko w koszulce? Czy może miałam jakąś bluzę? Nie pamiętam. Ale pamiętam rozdarcie między radością i pustką. Łzy tęsknoty i rozstania pomieszane z łzami samodzielności. Był wrzesień.

Było lato. Żułam gumę. Ale nie było zbyt ciepło, bo później wracałam do domu w grubych granatowych spodniach (chociaż mogło być ciepło, a ja chciałam się nimi pochwalić...) - nie pamiętam. Był lipiec.

Ale deszcz spod bramy pamiętam i chyba będę pamiętać. Deszcz był pełen nadziei i braku nadziei. Było ciepło mimo deszczu. Lubię moknąć. Był wrzesień.

piątek, 16 października 2009

Takie różne przemyślenia,

Wielu ludzi oczekuje ode mnie że jakaś tam w ich pojęciu będę. Ale ich oczekiwania nie koniecznie pokrywają się z moimi oczekiwaniami w stosunku do mnie. Jakoś mi dziwnie.

Staram się wprowadzać jakieś uporządkowanie w naszym małym pokoiku, ale się nie da. Tak zwyczajnie się nie da.
Zjemy obiad raz na jakiś czas, ale nie ma komu po nim posprzątać, więc naczynia stoją wspominając czasy swojej czystości.
Czasem się nad nimi zlituję i pozmywam. Dziś tak zrobiłam z naczyniami sprzed kilku dni, ale nie wszystkimi. Jeszcze część stoi. Nie wynika to chyba nawet z mojego lenistwa, tylko braku zainteresowania ich losem.
Chyba nawet sprawia mi przyjemność gotowanie. Czasem zaszaleję i zrobię coś dobrego... ;)

Dziś chcę upiec ciasto, ale brakuje kilku składników więc zaraz się wybiorę po zakupki.

Wczoraj Marchewkowy dzielnie zrobił ze mną jedną kartkę! Efekty później na Kargolci. Jedziemy jutro do Kozicz na urodziny, więc każde z nas zrobiło kartkę.

Czasem łapię się na tym, że traktuję Marchewkę jak synka, który chodzi do szkoły (czyt. pracy) po powrocie zjada obiadek, później, albo coś obejrzymy, albo coś porobimy (częściej obejrzymy, chociaż od kiedy skończył nam się House to nie bardzo mamy co oglądać...) A potem to już trzeba iść spać.
I tak dzień po dniu.
Najczęściej on wychodzi zanim się obudzę, a czasem nawet jak się przebudzę to nie pamiętam później tego.

Taki już mój los.
Ale i tak cieszę się, że jesteśmy tu razem. Nie zamieniłabym tego na nic...!


dobra. idę po te zakupy na ciasto.

piątek, 9 października 2009