Szybko.
Pojechaliśmy sobie dziś na spacer. W sumie mieliśmy jechać do Sowy, ale uprzedzam fakty.
Pojechaliśmy sobie dziś na spacer. Pojechaliśmy, bo musieliśmy dojechać na miejsce spacerowe. W międzyczasie na przystanku czekaliśmy na pewne staruszki, które spacerem szły do autobusu, ale kierowca zaczekał. Usiadły niedaleko nas, więc słyszałam ich rozmowę. O tym, że tu (czyli w Ol.) wszyscy się spieszą, szybko chodzą, szybko załatwiają sprawy. I coś w tym jest. Tu zawsze się biegnie do autobusu, wkurza w czasie stania w kolejce, jest za mało czasu na spacery.
Czy ja tez już jestem taka? Że się spieszę? Że biegnę próbując zdążyć za całym światem?
W moim światku się nie biegało. Wracało z kościoła po dwie godziny (normalnie ok. 15 minut). Codziennie spacerowało. Było dużo czasu...
Zaręczyny.
W tym samym autobusie dopadła mnie myśl, że na spacery jeździmy w te same miejsca. I dziś znów tam jechaliśmy. Jest dla mnie taka szczególna brama, nic ciekawego architektonicznie. Żadna Wysoka, czy secesyjna. Ale dla mnie specjalna. Staliśmy tam kiedyś w deszczu...
Jesteśmy zaręczeni miesiąc. Niby niewiele się zmieniło. Ale się zmieniło. Jest spokojnie. Błogo. Jak w gnieździe. Tego potrzebowałam od tak dawna... I w sumie więcej dziś mi nie potrzeba, no może tylko błękitnego nieba... ;)
Deszcz.
Nie pamiętam jaka była pogoda. Pamiętam niepokój. Radość. Poczucie szczęścia. Był październik.
Było ciepło, ale czy na tyle, że byłam tylko w koszulce? Czy może miałam jakąś bluzę? Nie pamiętam. Ale pamiętam rozdarcie między radością i pustką. Łzy tęsknoty i rozstania pomieszane z łzami samodzielności. Był wrzesień.
Było lato. Żułam gumę. Ale nie było zbyt ciepło, bo później wracałam do domu w grubych granatowych spodniach (chociaż mogło być ciepło, a ja chciałam się nimi pochwalić...) - nie pamiętam. Był lipiec.
Ale deszcz spod bramy pamiętam i chyba będę pamiętać. Deszcz był pełen nadziei i braku nadziei. Było ciepło mimo deszczu. Lubię moknąć. Był wrzesień.
niedziela, 8 listopada 2009
piątek, 16 października 2009
Takie różne przemyślenia,
Wielu ludzi oczekuje ode mnie że jakaś tam w ich pojęciu będę. Ale ich oczekiwania nie koniecznie pokrywają się z moimi oczekiwaniami w stosunku do mnie. Jakoś mi dziwnie.
Staram się wprowadzać jakieś uporządkowanie w naszym małym pokoiku, ale się nie da. Tak zwyczajnie się nie da.
Zjemy obiad raz na jakiś czas, ale nie ma komu po nim posprzątać, więc naczynia stoją wspominając czasy swojej czystości.
Czasem się nad nimi zlituję i pozmywam. Dziś tak zrobiłam z naczyniami sprzed kilku dni, ale nie wszystkimi. Jeszcze część stoi. Nie wynika to chyba nawet z mojego lenistwa, tylko braku zainteresowania ich losem.
Chyba nawet sprawia mi przyjemność gotowanie. Czasem zaszaleję i zrobię coś dobrego... ;)
Dziś chcę upiec ciasto, ale brakuje kilku składników więc zaraz się wybiorę po zakupki.
Wczoraj Marchewkowy dzielnie zrobił ze mną jedną kartkę! Efekty później na Kargolci. Jedziemy jutro do Kozicz na urodziny, więc każde z nas zrobiło kartkę.
Czasem łapię się na tym, że traktuję Marchewkę jak synka, który chodzi do szkoły (czyt. pracy) po powrocie zjada obiadek, później, albo coś obejrzymy, albo coś porobimy (częściej obejrzymy, chociaż od kiedy skończył nam się House to nie bardzo mamy co oglądać...) A potem to już trzeba iść spać.
I tak dzień po dniu.
Najczęściej on wychodzi zanim się obudzę, a czasem nawet jak się przebudzę to nie pamiętam później tego.
Taki już mój los.
Ale i tak cieszę się, że jesteśmy tu razem. Nie zamieniłabym tego na nic...!
dobra. idę po te zakupy na ciasto.
Staram się wprowadzać jakieś uporządkowanie w naszym małym pokoiku, ale się nie da. Tak zwyczajnie się nie da.
Zjemy obiad raz na jakiś czas, ale nie ma komu po nim posprzątać, więc naczynia stoją wspominając czasy swojej czystości.
Czasem się nad nimi zlituję i pozmywam. Dziś tak zrobiłam z naczyniami sprzed kilku dni, ale nie wszystkimi. Jeszcze część stoi. Nie wynika to chyba nawet z mojego lenistwa, tylko braku zainteresowania ich losem.
Chyba nawet sprawia mi przyjemność gotowanie. Czasem zaszaleję i zrobię coś dobrego... ;)
Dziś chcę upiec ciasto, ale brakuje kilku składników więc zaraz się wybiorę po zakupki.
Wczoraj Marchewkowy dzielnie zrobił ze mną jedną kartkę! Efekty później na Kargolci. Jedziemy jutro do Kozicz na urodziny, więc każde z nas zrobiło kartkę.
Czasem łapię się na tym, że traktuję Marchewkę jak synka, który chodzi do szkoły (czyt. pracy) po powrocie zjada obiadek, później, albo coś obejrzymy, albo coś porobimy (częściej obejrzymy, chociaż od kiedy skończył nam się House to nie bardzo mamy co oglądać...) A potem to już trzeba iść spać.
I tak dzień po dniu.
Najczęściej on wychodzi zanim się obudzę, a czasem nawet jak się przebudzę to nie pamiętam później tego.
Taki już mój los.
Ale i tak cieszę się, że jesteśmy tu razem. Nie zamieniłabym tego na nic...!
dobra. idę po te zakupy na ciasto.
piątek, 9 października 2009
wtorek, 29 września 2009
Mój dom...
Nowy adres.
Nowe perspektywy.
Nowe zwierzaki.
No cóż.
Mamy te nasze myszy, a do tego domowe koty okazały się gratisem... Korzystają z każdej okazji "drzwi otwartych" ;)
Mam już plan zajęć i jak się okazało zaczynam naukę już w czwartek...
No cóż...
Czyli podejrzewam, że moja praca w zoologicznym dobiega końca. Mam w zasadzie całe dnie, od rana do wieczora. Jedynym plusem będzie dzień lub dwa wolne... :)
Co do naszego wspólnego życia.
Sama nie wiem co o tym wszystkim myśleć.
Jestem szczęśliwa. Niezaprzeczalnie. Ale brakuje teraz czegoś w moim życiu...
Może beztroski? Może trochę niewinności?
Sama nie wiem.
Ale bez przesady. Nie będę narzekać...
Problemów i tak am niemało, więc nie ma potrzeby wymyślać kolejnych...
Nowe perspektywy.
Nowe zwierzaki.
No cóż.
Mamy te nasze myszy, a do tego domowe koty okazały się gratisem... Korzystają z każdej okazji "drzwi otwartych" ;)
Mam już plan zajęć i jak się okazało zaczynam naukę już w czwartek...
No cóż...
Czyli podejrzewam, że moja praca w zoologicznym dobiega końca. Mam w zasadzie całe dnie, od rana do wieczora. Jedynym plusem będzie dzień lub dwa wolne... :)
Co do naszego wspólnego życia.
Sama nie wiem co o tym wszystkim myśleć.
Jestem szczęśliwa. Niezaprzeczalnie. Ale brakuje teraz czegoś w moim życiu...
Może beztroski? Może trochę niewinności?
Sama nie wiem.
Ale bez przesady. Nie będę narzekać...
Problemów i tak am niemało, więc nie ma potrzeby wymyślać kolejnych...
sobota, 19 września 2009
Nowatorsko-lokatorsko
Dziś mijają dwa tygodnie od przeprowadzki a On dalej ze mną mieszka! Niewiarygodne.
Zauważam coraz więcej swoich wad. Jestem wredna, kapryśna, leniwa. Jestem też egoistką.
Ale nie powiem, że z Nim też jest lekko. Jestem trochę zmęczona, ale już po dniu rozłąki strasznie tęskniłam.
Nowe wydarzenie - mam pracę. Jestem panią z zoologicznego. Co prawda na okresie próbnym, ale zawsze. ;)
I dziś spotkało mnie smutne zdarzenie - malutka fretka, jeszcze w sumie nie zdążyłam się do niej przywiązać, ale już jest ciężko chora. Pewnie zdechnie w nocy. Straszne to...
W ogóle ciężko jest mi się dostosować tam. Bo wszyscy mówią, że mam się uczyć tego czy tamtego, a ja mówię, że już to umiem, oni nie wierzą. Eh. Ale szef to szef.
Ale dostałam dziś dobrą wskazówkę, nie muszę już wymyślać zajęć sobie na siłę... ;)
I mam dwóch sojuszników w pracy.
W ogóle zrobiły się z nas nocne zwierzątka. Wracamy do domu ok 22-24, trochę jeszcze posiedzimy, coś porobimy, a potem śpimy do 10...
W ogóle ambitny plan dnia:
10 - pobudka
10 - 14 prace ręczne lub tym podobne
14 - 15 obiad (lub tym podobne)
i chwilę po 15 mam już autobus do pracy.
Wracam na tyle późno, że albo obejrzymy Dr.House, albo i nie i idziemy spać...
I teraz zrobię to samo... ;)
Zauważam coraz więcej swoich wad. Jestem wredna, kapryśna, leniwa. Jestem też egoistką.
Ale nie powiem, że z Nim też jest lekko. Jestem trochę zmęczona, ale już po dniu rozłąki strasznie tęskniłam.
Nowe wydarzenie - mam pracę. Jestem panią z zoologicznego. Co prawda na okresie próbnym, ale zawsze. ;)
I dziś spotkało mnie smutne zdarzenie - malutka fretka, jeszcze w sumie nie zdążyłam się do niej przywiązać, ale już jest ciężko chora. Pewnie zdechnie w nocy. Straszne to...
W ogóle ciężko jest mi się dostosować tam. Bo wszyscy mówią, że mam się uczyć tego czy tamtego, a ja mówię, że już to umiem, oni nie wierzą. Eh. Ale szef to szef.
Ale dostałam dziś dobrą wskazówkę, nie muszę już wymyślać zajęć sobie na siłę... ;)
I mam dwóch sojuszników w pracy.
W ogóle zrobiły się z nas nocne zwierzątka. Wracamy do domu ok 22-24, trochę jeszcze posiedzimy, coś porobimy, a potem śpimy do 10...
W ogóle ambitny plan dnia:
10 - pobudka
10 - 14 prace ręczne lub tym podobne
14 - 15 obiad (lub tym podobne)
i chwilę po 15 mam już autobus do pracy.
Wracam na tyle późno, że albo obejrzymy Dr.House, albo i nie i idziemy spać...
I teraz zrobię to samo... ;)
wtorek, 1 września 2009
Kampania wrześniowa...
Dziś wróciłam z Warszawy/Kulki... i okazało się, że mam jutro egzamin z Młodej Polski.
Więc trafiłam na coś ślicznego w tej całej dekadenckiej nędzy:
A kiedy będziesz moją żoną...
umiłowaną, poślubioną,
wówczas się ogród nam otworzy,
ogród świetlisty, pełen zorzy.
Rozwonią nam się kwietne sady,
pachnąć nam będą winogrady
i róże śliczne, i powoje
całować będą włosy twoje.
Pójdziemy cisi, zamyśleni,
wśród złotych przymgleń i promieni,
pójdziemy wolno alejami,
pomiędzy drzewa, cisi, sami.
Gałązki ku nam zwisać będą,
narcyzy piąć się srebrną grzędą
i padnie biały kwiat lipowy
na rozkochane nasze głowy.
Ubiorę ciebie w błękit kwiatów,
niezapominajek i bławatów,
ustroję ciebie w paproć młodą
i świat rozświetlę twą urodą.
Pójdziemy cisi, zamyśleni,
wśród złotych przymgleń i promieni,
pójdziemy w ogród pełen zorzy,
kędy drzwi miłość nam otworzy.
Więc trafiłam na coś ślicznego w tej całej dekadenckiej nędzy:
A kiedy będziesz moją żoną...
A kiedy będziesz moją żoną,
umiłowaną, poślubioną,
wówczas się ogród
ogród świetlisty, pełen zorzy.
Rozwonią nam się kwietne sady,
pachnąć nam będą winogrady
i róże śliczne, i powoje
całować będą włosy twoje.
Pójdziemy cisi, zamyśleni,
wśród złotych przymgleń i promieni,
pójdziemy wolno alejami,
pomiędzy drzewa, cisi, sami.
Gałązki ku nam zwisać będą,
narcyzy piąć się srebrną grzędą
i padnie biały kwiat lipowy
na rozkochane nasze głowy.
Ubiorę ciebie w błękit kwiatów,
niezapominajek i bławatów,
ustroję ciebie w paproć młodą
i świat rozświetlę twą urodą.
Pójdziemy cisi, zamyśleni,
wśród złotych przymgleń i promieni,
pójdziemy w ogród pełen zorzy,
kędy drzwi miłość nam otworzy.
K. Przerwa - Tetmajer
sobota, 22 sierpnia 2009
Kolonijnie part. 2
Taki jakoś dziwnie wesoły dzień... :)
Dużo śmiechu. Dużo śmiechu w duszy... :)
Wygłupiamy się z Marchewką na maksa. Tańczymy szalone polki, czasem i tańce - przytualńce. ;)
Na razie tylko ja je inicjuję, ale może z czasem i on zacznie szaleć. :)
Mam wrażenie, że przez to, że jesteśmy ciągle ze sobą, staliśmy się bardziej otwarci... :)
Dziś był na tyle kochany, że nie obudził mnie nawet na zaprawę... :) Więc pospałam pół godzinki dłużej. W ogóle mam chyba spore braki w śnie, a może to pogoda, ale przysypiam cały dzień, gdzie popadnie...
Ale jest i druga strona medalu. Irytują mnie jego codzienne zabawy gwizdkiem podczas zbiórek dzieci, dmucha sobie w niego, gwiżdże sobie po cichutku, co doprowadza mnie do pasji, zwłaszcza kiedy chcę coś powiedzieć...
I wkurza mnie drugi dzień piosenką "Zośka". Już mi się na tyle wkręciła, że sama ją podśpiewuję i zajęła 117 miejsce w moim świętym śpiewniku...
W sumie ma całkiem niezły tekst. :)
Pewne ślubne dewagacje...
jeśli kiedyś stanie się tak, że mój PM i ja zadecydujemy, że ten ślub to już tak na bank, to liczba naszych gości topnieje w oczach.
W zasadzie liczba przyjaciół, którzy kiedyś byli wokół mnie, a teraz przez moje dziecinne a często i chamskie zachowanie oddalili się na tyle, że już sama nie wiem kto mianuje się moim przyjacielem, a kto już tylko kolegą...
W sumie dzięki tej izolacji od świata sama mam czas na przewartościowanie swojego życia, określenie nowych priorytetów, sprecyzowanie starych...
Moje nowe postanowienie - ukończyć kurs żeglarza jachtowego... Nie wiem na ile mi się to uda, przy mojej wodnej fobii, ale próbować zawsze warto...
Bo mam taką wizję przyszłości, że weźmiemy w czarter jakiś jachcik, razem z naszymi maluchami (tymi, które dopiero się urodzą... ;) ) i kilka dni będziemy sobie żeglować od portu do portu...
ach ja...
Dużo śmiechu. Dużo śmiechu w duszy... :)
Wygłupiamy się z Marchewką na maksa. Tańczymy szalone polki, czasem i tańce - przytualńce. ;)
Na razie tylko ja je inicjuję, ale może z czasem i on zacznie szaleć. :)
Mam wrażenie, że przez to, że jesteśmy ciągle ze sobą, staliśmy się bardziej otwarci... :)
Dziś był na tyle kochany, że nie obudził mnie nawet na zaprawę... :) Więc pospałam pół godzinki dłużej. W ogóle mam chyba spore braki w śnie, a może to pogoda, ale przysypiam cały dzień, gdzie popadnie...
Ale jest i druga strona medalu. Irytują mnie jego codzienne zabawy gwizdkiem podczas zbiórek dzieci, dmucha sobie w niego, gwiżdże sobie po cichutku, co doprowadza mnie do pasji, zwłaszcza kiedy chcę coś powiedzieć...
I wkurza mnie drugi dzień piosenką "Zośka". Już mi się na tyle wkręciła, że sama ją podśpiewuję i zajęła 117 miejsce w moim świętym śpiewniku...
W sumie ma całkiem niezły tekst. :)
Pewne ślubne dewagacje...
jeśli kiedyś stanie się tak, że mój PM i ja zadecydujemy, że ten ślub to już tak na bank, to liczba naszych gości topnieje w oczach.
W zasadzie liczba przyjaciół, którzy kiedyś byli wokół mnie, a teraz przez moje dziecinne a często i chamskie zachowanie oddalili się na tyle, że już sama nie wiem kto mianuje się moim przyjacielem, a kto już tylko kolegą...
W sumie dzięki tej izolacji od świata sama mam czas na przewartościowanie swojego życia, określenie nowych priorytetów, sprecyzowanie starych...
Moje nowe postanowienie - ukończyć kurs żeglarza jachtowego... Nie wiem na ile mi się to uda, przy mojej wodnej fobii, ale próbować zawsze warto...
Bo mam taką wizję przyszłości, że weźmiemy w czarter jakiś jachcik, razem z naszymi maluchami (tymi, które dopiero się urodzą... ;) ) i kilka dni będziemy sobie żeglować od portu do portu...
ach ja...
Subskrybuj:
Posty (Atom)