Taki jakoś dziwnie wesoły dzień... :)
Dużo śmiechu. Dużo śmiechu w duszy... :)
Wygłupiamy się z Marchewką na maksa. Tańczymy szalone polki, czasem i tańce - przytualńce. ;)
Na razie tylko ja je inicjuję, ale może z czasem i on zacznie szaleć. :)
Mam wrażenie, że przez to, że jesteśmy ciągle ze sobą, staliśmy się bardziej otwarci... :)
Dziś był na tyle kochany, że nie obudził mnie nawet na zaprawę... :) Więc pospałam pół godzinki dłużej. W ogóle mam chyba spore braki w śnie, a może to pogoda, ale przysypiam cały dzień, gdzie popadnie...
Ale jest i druga strona medalu. Irytują mnie jego codzienne zabawy gwizdkiem podczas zbiórek dzieci, dmucha sobie w niego, gwiżdże sobie po cichutku, co doprowadza mnie do pasji, zwłaszcza kiedy chcę coś powiedzieć...
I wkurza mnie drugi dzień piosenką "Zośka". Już mi się na tyle wkręciła, że sama ją podśpiewuję i zajęła 117 miejsce w moim świętym śpiewniku...
W sumie ma całkiem niezły tekst. :)
Pewne ślubne dewagacje...
jeśli kiedyś stanie się tak, że mój PM i ja zadecydujemy, że ten ślub to już tak na bank, to liczba naszych gości topnieje w oczach.
W zasadzie liczba przyjaciół, którzy kiedyś byli wokół mnie, a teraz przez moje dziecinne a często i chamskie zachowanie oddalili się na tyle, że już sama nie wiem kto mianuje się moim przyjacielem, a kto już tylko kolegą...
W sumie dzięki tej izolacji od świata sama mam czas na przewartościowanie swojego życia, określenie nowych priorytetów, sprecyzowanie starych...
Moje nowe postanowienie - ukończyć kurs żeglarza jachtowego... Nie wiem na ile mi się to uda, przy mojej wodnej fobii, ale próbować zawsze warto...
Bo mam taką wizję przyszłości, że weźmiemy w czarter jakiś jachcik, razem z naszymi maluchami (tymi, które dopiero się urodzą... ;) ) i kilka dni będziemy sobie żeglować od portu do portu...
ach ja...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz