Co prawda wyjdzie w tym poście trochę mojej ignorancji, ale bywa.
Myślę sobie o panu Miłoszu. Czesławie. Nobliście naszym polskim z 1980. Ale za co dostał Nobla nie wiem. Szukałam pobieżnie, ale zaniechałam, bo bałam się, że zgubię myśl.
Już się dowiedziałam - za całokształt, który wtedy jeszcze nie był całokształtem...
Miłosz i ja (poniekąd) pochodzimy z tego samego miejsca. Znad okolic rzeki Niewiąż.
Nie związała nas za bardzo ze sobą.
Jest kilka jego utworów, które przywiązały mnie do niego, ale tymczasowo, dopóki nie ulecą z głowy.
I tak sobie myślę, swój człowiek. A napisał diariusz. Nie dziennik, nie pamiętnik. Tylko diariusz.
Diariusz to rodzaj pamiętnika lub dziennika, w którym opisane wydarzenia są uporządkowane w sposób chronologiczny. Podane w nim informacje opisują najważniejsze wydarzenia z życia codziennego danego człowieka, który je opisuje. Diariusze charakteryzują się tym, że nie jest w nich ważna literacka forma przekazu.
(z wikipedii oczywiście.)
Dla Miłosza nie jest ważna forma literacka?
Coś mi tu śmierdzi... ;)
Nie Tomku, to nie to co myślisz... :D
Ale Miłosz, natchnął mnie. Napiszę swój diariusz.
Od dziś. 3 grudnia 2009 aż do 3 grudnia 2010.
Inspiracją jest też Julie&Julia. Cudny film.
A więc czas start!
Dziś pogoda deszczowa. Ale wieczorem wyszliśmy na chwilkę, ja tylko w samym ciniutkim polarku i by ło naprawdę ciepło. Przyjemnie, nie mogę uwierzyć, że to jest grudzień.
Ostatnio mam manię śpiewania na ulicy. Nie robię tego w domu, wtedy kiedy mogłabym to spokojnie robić, ale idę sobie miastem i czasem nawet nie krępuję się śpiewać na głos. Co czasem doprowadza do furii Tomka. Ale przy tym tak dobrze się bawię.
Znów mam ochotę się wygłupiać i szaleć, tak po klaudynkowemu...
Może mrok za mną? Mam taką nadzieję.
Doszłam do wniosku, że będę mogła mieć chyba tylko jedno dziecko, bo nie umiem kochać tak samo...;)
Doświadczenie przeprowadzone na myszach. Ależ to okrutnie zabrzmiało.
Chodzi o to, że mam swoje faworytki.
Kocham moją Funię nad życie, martwi mnie każdy jej mały pisk. Co do szarej mam mieszane uczucia, bo to ona krzywdzi moją Funieczkę (nie wiedziałam, że tak polubię to imię... ;) ), ale z drugiej strony broni swojego domku, terytorium. Taka rozbita jestem miedzy dwoma skrajnymi uczuciami... ;)
Dobra kończę na dziś bo o czym jutro będę pisać...
jeszcze tylko Miłosz na dobry dzień:
SROCZOŚĆ
Ten sam i nie ten sam szedłem przez las dębowy
Dziwiąc się, że muza moja, Mnemozyne,
Nic nie ujęła mojemu zdziwieniu.
Skrzeczała sroka i mówiłem: sroczość,
Czymże jest sroczość? Do sroczego serca,
Do włochatego nozdrza nad dziobem i lotu
Który odnawia się kiedy obniża
Nigdy nie sięgnę a więc jej nie poznam.
Jeżeli jednak sroczość nie istnieje
To nie istnieje i moja natura.
Kto by pomyślał, że tak, po stuleciach,
Wynajdę spór o uniwersalia.
Montgeron, 1958
środa, 2 grudnia 2009
niedziela, 8 listopada 2009
myśl.
Szybko.
Pojechaliśmy sobie dziś na spacer. W sumie mieliśmy jechać do Sowy, ale uprzedzam fakty.
Pojechaliśmy sobie dziś na spacer. Pojechaliśmy, bo musieliśmy dojechać na miejsce spacerowe. W międzyczasie na przystanku czekaliśmy na pewne staruszki, które spacerem szły do autobusu, ale kierowca zaczekał. Usiadły niedaleko nas, więc słyszałam ich rozmowę. O tym, że tu (czyli w Ol.) wszyscy się spieszą, szybko chodzą, szybko załatwiają sprawy. I coś w tym jest. Tu zawsze się biegnie do autobusu, wkurza w czasie stania w kolejce, jest za mało czasu na spacery.
Czy ja tez już jestem taka? Że się spieszę? Że biegnę próbując zdążyć za całym światem?
W moim światku się nie biegało. Wracało z kościoła po dwie godziny (normalnie ok. 15 minut). Codziennie spacerowało. Było dużo czasu...
Zaręczyny.
W tym samym autobusie dopadła mnie myśl, że na spacery jeździmy w te same miejsca. I dziś znów tam jechaliśmy. Jest dla mnie taka szczególna brama, nic ciekawego architektonicznie. Żadna Wysoka, czy secesyjna. Ale dla mnie specjalna. Staliśmy tam kiedyś w deszczu...
Jesteśmy zaręczeni miesiąc. Niby niewiele się zmieniło. Ale się zmieniło. Jest spokojnie. Błogo. Jak w gnieździe. Tego potrzebowałam od tak dawna... I w sumie więcej dziś mi nie potrzeba, no może tylko błękitnego nieba... ;)
Deszcz.
Nie pamiętam jaka była pogoda. Pamiętam niepokój. Radość. Poczucie szczęścia. Był październik.
Było ciepło, ale czy na tyle, że byłam tylko w koszulce? Czy może miałam jakąś bluzę? Nie pamiętam. Ale pamiętam rozdarcie między radością i pustką. Łzy tęsknoty i rozstania pomieszane z łzami samodzielności. Był wrzesień.
Było lato. Żułam gumę. Ale nie było zbyt ciepło, bo później wracałam do domu w grubych granatowych spodniach (chociaż mogło być ciepło, a ja chciałam się nimi pochwalić...) - nie pamiętam. Był lipiec.
Ale deszcz spod bramy pamiętam i chyba będę pamiętać. Deszcz był pełen nadziei i braku nadziei. Było ciepło mimo deszczu. Lubię moknąć. Był wrzesień.
Pojechaliśmy sobie dziś na spacer. W sumie mieliśmy jechać do Sowy, ale uprzedzam fakty.
Pojechaliśmy sobie dziś na spacer. Pojechaliśmy, bo musieliśmy dojechać na miejsce spacerowe. W międzyczasie na przystanku czekaliśmy na pewne staruszki, które spacerem szły do autobusu, ale kierowca zaczekał. Usiadły niedaleko nas, więc słyszałam ich rozmowę. O tym, że tu (czyli w Ol.) wszyscy się spieszą, szybko chodzą, szybko załatwiają sprawy. I coś w tym jest. Tu zawsze się biegnie do autobusu, wkurza w czasie stania w kolejce, jest za mało czasu na spacery.
Czy ja tez już jestem taka? Że się spieszę? Że biegnę próbując zdążyć za całym światem?
W moim światku się nie biegało. Wracało z kościoła po dwie godziny (normalnie ok. 15 minut). Codziennie spacerowało. Było dużo czasu...
Zaręczyny.
W tym samym autobusie dopadła mnie myśl, że na spacery jeździmy w te same miejsca. I dziś znów tam jechaliśmy. Jest dla mnie taka szczególna brama, nic ciekawego architektonicznie. Żadna Wysoka, czy secesyjna. Ale dla mnie specjalna. Staliśmy tam kiedyś w deszczu...
Jesteśmy zaręczeni miesiąc. Niby niewiele się zmieniło. Ale się zmieniło. Jest spokojnie. Błogo. Jak w gnieździe. Tego potrzebowałam od tak dawna... I w sumie więcej dziś mi nie potrzeba, no może tylko błękitnego nieba... ;)
Deszcz.
Nie pamiętam jaka była pogoda. Pamiętam niepokój. Radość. Poczucie szczęścia. Był październik.
Było ciepło, ale czy na tyle, że byłam tylko w koszulce? Czy może miałam jakąś bluzę? Nie pamiętam. Ale pamiętam rozdarcie między radością i pustką. Łzy tęsknoty i rozstania pomieszane z łzami samodzielności. Był wrzesień.
Było lato. Żułam gumę. Ale nie było zbyt ciepło, bo później wracałam do domu w grubych granatowych spodniach (chociaż mogło być ciepło, a ja chciałam się nimi pochwalić...) - nie pamiętam. Był lipiec.
Ale deszcz spod bramy pamiętam i chyba będę pamiętać. Deszcz był pełen nadziei i braku nadziei. Było ciepło mimo deszczu. Lubię moknąć. Był wrzesień.
piątek, 16 października 2009
Takie różne przemyślenia,
Wielu ludzi oczekuje ode mnie że jakaś tam w ich pojęciu będę. Ale ich oczekiwania nie koniecznie pokrywają się z moimi oczekiwaniami w stosunku do mnie. Jakoś mi dziwnie.
Staram się wprowadzać jakieś uporządkowanie w naszym małym pokoiku, ale się nie da. Tak zwyczajnie się nie da.
Zjemy obiad raz na jakiś czas, ale nie ma komu po nim posprzątać, więc naczynia stoją wspominając czasy swojej czystości.
Czasem się nad nimi zlituję i pozmywam. Dziś tak zrobiłam z naczyniami sprzed kilku dni, ale nie wszystkimi. Jeszcze część stoi. Nie wynika to chyba nawet z mojego lenistwa, tylko braku zainteresowania ich losem.
Chyba nawet sprawia mi przyjemność gotowanie. Czasem zaszaleję i zrobię coś dobrego... ;)
Dziś chcę upiec ciasto, ale brakuje kilku składników więc zaraz się wybiorę po zakupki.
Wczoraj Marchewkowy dzielnie zrobił ze mną jedną kartkę! Efekty później na Kargolci. Jedziemy jutro do Kozicz na urodziny, więc każde z nas zrobiło kartkę.
Czasem łapię się na tym, że traktuję Marchewkę jak synka, który chodzi do szkoły (czyt. pracy) po powrocie zjada obiadek, później, albo coś obejrzymy, albo coś porobimy (częściej obejrzymy, chociaż od kiedy skończył nam się House to nie bardzo mamy co oglądać...) A potem to już trzeba iść spać.
I tak dzień po dniu.
Najczęściej on wychodzi zanim się obudzę, a czasem nawet jak się przebudzę to nie pamiętam później tego.
Taki już mój los.
Ale i tak cieszę się, że jesteśmy tu razem. Nie zamieniłabym tego na nic...!
dobra. idę po te zakupy na ciasto.
Staram się wprowadzać jakieś uporządkowanie w naszym małym pokoiku, ale się nie da. Tak zwyczajnie się nie da.
Zjemy obiad raz na jakiś czas, ale nie ma komu po nim posprzątać, więc naczynia stoją wspominając czasy swojej czystości.
Czasem się nad nimi zlituję i pozmywam. Dziś tak zrobiłam z naczyniami sprzed kilku dni, ale nie wszystkimi. Jeszcze część stoi. Nie wynika to chyba nawet z mojego lenistwa, tylko braku zainteresowania ich losem.
Chyba nawet sprawia mi przyjemność gotowanie. Czasem zaszaleję i zrobię coś dobrego... ;)
Dziś chcę upiec ciasto, ale brakuje kilku składników więc zaraz się wybiorę po zakupki.
Wczoraj Marchewkowy dzielnie zrobił ze mną jedną kartkę! Efekty później na Kargolci. Jedziemy jutro do Kozicz na urodziny, więc każde z nas zrobiło kartkę.
Czasem łapię się na tym, że traktuję Marchewkę jak synka, który chodzi do szkoły (czyt. pracy) po powrocie zjada obiadek, później, albo coś obejrzymy, albo coś porobimy (częściej obejrzymy, chociaż od kiedy skończył nam się House to nie bardzo mamy co oglądać...) A potem to już trzeba iść spać.
I tak dzień po dniu.
Najczęściej on wychodzi zanim się obudzę, a czasem nawet jak się przebudzę to nie pamiętam później tego.
Taki już mój los.
Ale i tak cieszę się, że jesteśmy tu razem. Nie zamieniłabym tego na nic...!
dobra. idę po te zakupy na ciasto.
piątek, 9 października 2009
wtorek, 29 września 2009
Mój dom...
Nowy adres.
Nowe perspektywy.
Nowe zwierzaki.
No cóż.
Mamy te nasze myszy, a do tego domowe koty okazały się gratisem... Korzystają z każdej okazji "drzwi otwartych" ;)
Mam już plan zajęć i jak się okazało zaczynam naukę już w czwartek...
No cóż...
Czyli podejrzewam, że moja praca w zoologicznym dobiega końca. Mam w zasadzie całe dnie, od rana do wieczora. Jedynym plusem będzie dzień lub dwa wolne... :)
Co do naszego wspólnego życia.
Sama nie wiem co o tym wszystkim myśleć.
Jestem szczęśliwa. Niezaprzeczalnie. Ale brakuje teraz czegoś w moim życiu...
Może beztroski? Może trochę niewinności?
Sama nie wiem.
Ale bez przesady. Nie będę narzekać...
Problemów i tak am niemało, więc nie ma potrzeby wymyślać kolejnych...
Nowe perspektywy.
Nowe zwierzaki.
No cóż.
Mamy te nasze myszy, a do tego domowe koty okazały się gratisem... Korzystają z każdej okazji "drzwi otwartych" ;)
Mam już plan zajęć i jak się okazało zaczynam naukę już w czwartek...
No cóż...
Czyli podejrzewam, że moja praca w zoologicznym dobiega końca. Mam w zasadzie całe dnie, od rana do wieczora. Jedynym plusem będzie dzień lub dwa wolne... :)
Co do naszego wspólnego życia.
Sama nie wiem co o tym wszystkim myśleć.
Jestem szczęśliwa. Niezaprzeczalnie. Ale brakuje teraz czegoś w moim życiu...
Może beztroski? Może trochę niewinności?
Sama nie wiem.
Ale bez przesady. Nie będę narzekać...
Problemów i tak am niemało, więc nie ma potrzeby wymyślać kolejnych...
sobota, 19 września 2009
Nowatorsko-lokatorsko
Dziś mijają dwa tygodnie od przeprowadzki a On dalej ze mną mieszka! Niewiarygodne.
Zauważam coraz więcej swoich wad. Jestem wredna, kapryśna, leniwa. Jestem też egoistką.
Ale nie powiem, że z Nim też jest lekko. Jestem trochę zmęczona, ale już po dniu rozłąki strasznie tęskniłam.
Nowe wydarzenie - mam pracę. Jestem panią z zoologicznego. Co prawda na okresie próbnym, ale zawsze. ;)
I dziś spotkało mnie smutne zdarzenie - malutka fretka, jeszcze w sumie nie zdążyłam się do niej przywiązać, ale już jest ciężko chora. Pewnie zdechnie w nocy. Straszne to...
W ogóle ciężko jest mi się dostosować tam. Bo wszyscy mówią, że mam się uczyć tego czy tamtego, a ja mówię, że już to umiem, oni nie wierzą. Eh. Ale szef to szef.
Ale dostałam dziś dobrą wskazówkę, nie muszę już wymyślać zajęć sobie na siłę... ;)
I mam dwóch sojuszników w pracy.
W ogóle zrobiły się z nas nocne zwierzątka. Wracamy do domu ok 22-24, trochę jeszcze posiedzimy, coś porobimy, a potem śpimy do 10...
W ogóle ambitny plan dnia:
10 - pobudka
10 - 14 prace ręczne lub tym podobne
14 - 15 obiad (lub tym podobne)
i chwilę po 15 mam już autobus do pracy.
Wracam na tyle późno, że albo obejrzymy Dr.House, albo i nie i idziemy spać...
I teraz zrobię to samo... ;)
Zauważam coraz więcej swoich wad. Jestem wredna, kapryśna, leniwa. Jestem też egoistką.
Ale nie powiem, że z Nim też jest lekko. Jestem trochę zmęczona, ale już po dniu rozłąki strasznie tęskniłam.
Nowe wydarzenie - mam pracę. Jestem panią z zoologicznego. Co prawda na okresie próbnym, ale zawsze. ;)
I dziś spotkało mnie smutne zdarzenie - malutka fretka, jeszcze w sumie nie zdążyłam się do niej przywiązać, ale już jest ciężko chora. Pewnie zdechnie w nocy. Straszne to...
W ogóle ciężko jest mi się dostosować tam. Bo wszyscy mówią, że mam się uczyć tego czy tamtego, a ja mówię, że już to umiem, oni nie wierzą. Eh. Ale szef to szef.
Ale dostałam dziś dobrą wskazówkę, nie muszę już wymyślać zajęć sobie na siłę... ;)
I mam dwóch sojuszników w pracy.
W ogóle zrobiły się z nas nocne zwierzątka. Wracamy do domu ok 22-24, trochę jeszcze posiedzimy, coś porobimy, a potem śpimy do 10...
W ogóle ambitny plan dnia:
10 - pobudka
10 - 14 prace ręczne lub tym podobne
14 - 15 obiad (lub tym podobne)
i chwilę po 15 mam już autobus do pracy.
Wracam na tyle późno, że albo obejrzymy Dr.House, albo i nie i idziemy spać...
I teraz zrobię to samo... ;)
wtorek, 1 września 2009
Kampania wrześniowa...
Dziś wróciłam z Warszawy/Kulki... i okazało się, że mam jutro egzamin z Młodej Polski.
Więc trafiłam na coś ślicznego w tej całej dekadenckiej nędzy:
A kiedy będziesz moją żoną...
umiłowaną, poślubioną,
wówczas się ogród nam otworzy,
ogród świetlisty, pełen zorzy.
Rozwonią nam się kwietne sady,
pachnąć nam będą winogrady
i róże śliczne, i powoje
całować będą włosy twoje.
Pójdziemy cisi, zamyśleni,
wśród złotych przymgleń i promieni,
pójdziemy wolno alejami,
pomiędzy drzewa, cisi, sami.
Gałązki ku nam zwisać będą,
narcyzy piąć się srebrną grzędą
i padnie biały kwiat lipowy
na rozkochane nasze głowy.
Ubiorę ciebie w błękit kwiatów,
niezapominajek i bławatów,
ustroję ciebie w paproć młodą
i świat rozświetlę twą urodą.
Pójdziemy cisi, zamyśleni,
wśród złotych przymgleń i promieni,
pójdziemy w ogród pełen zorzy,
kędy drzwi miłość nam otworzy.
Więc trafiłam na coś ślicznego w tej całej dekadenckiej nędzy:
A kiedy będziesz moją żoną...
A kiedy będziesz moją żoną,
umiłowaną, poślubioną,
wówczas się ogród
ogród świetlisty, pełen zorzy.
Rozwonią nam się kwietne sady,
pachnąć nam będą winogrady
i róże śliczne, i powoje
całować będą włosy twoje.
Pójdziemy cisi, zamyśleni,
wśród złotych przymgleń i promieni,
pójdziemy wolno alejami,
pomiędzy drzewa, cisi, sami.
Gałązki ku nam zwisać będą,
narcyzy piąć się srebrną grzędą
i padnie biały kwiat lipowy
na rozkochane nasze głowy.
Ubiorę ciebie w błękit kwiatów,
niezapominajek i bławatów,
ustroję ciebie w paproć młodą
i świat rozświetlę twą urodą.
Pójdziemy cisi, zamyśleni,
wśród złotych przymgleń i promieni,
pójdziemy w ogród pełen zorzy,
kędy drzwi miłość nam otworzy.
K. Przerwa - Tetmajer
Subskrybuj:
Posty (Atom)